religia rzeki Gangi

Trudno zrozumieć i nie wiedzieć czemu przybrała w polszczyźnie rodzaj męski — Ganges.

A przecież Ganga to śliczna, młoda bogini, devi. O wdzięcznie pochylonej głowie w białej koronie, wpatrzona w nurt swojej rzeki, siedzi na krokodylu unoszącym się po leniwie płynących wodach. W lewej dolnej ręce trzyma dzbanek na wodę (charakterystyczny lily, do dziś sprzedawany na ghatach w Waranasi), prawą ręką wykonuje gest pozdrowienia, w lewej górnej — trzyma naszyjnik malę (też wciąż sprzedawany w Waranasi), w prawej górnej — kwiat lotosu. Niekiedy przedstawia się ją tylko z dzbankiem lily i lutnią. Jej siostrą jest siedząca na żółwiu devi Jamuna, dopływ prawobrzeżny, niegdyś bardzo obfity w wodę, dziś — zanikający.

Rzeka Ganga jest matką-żywicielką prakrainy Indii — Niziny Hindustańskiej.

Wprawdzie kolebką cywilizacji indyjskiej jest Indus i rzeki Pendżabu (Pięciorzecze), a Ganga zyskała na znaczeniu dopiero po przybyciu Arjów, to jednak pozostała do dziś najważniejszą rzeką północnych Indii. Jest szczególnie związana z mitologią boga Śiwy.

Choć dla wszystkich hindusów jest rzeką świętą, to jednak nie wszyscy hindusi z całych Indii muszą odbyć obowiązkową pielgrzymkę nad jej brzegi.

Wszystkie dopływy Gangi w całym dorzeczu uczestniczą w jej sacrum — Czambal, Jamuna, Kali Gandaki, Son, Kośi, Betwa w historycznej krainie Bundelkhand, Ken w dawnym królestwie Czandelów, Ghagharara w Ajodhji, a nawet Bagmati płynąca z Doliny Katmandu i wpadająca do Narayan, która wpada do Gangi.

W dawnych czasach wyznawcy Śiwy pragnęli za wszelką cenę odejść z tego świata nad Gangą (w Indiach nie używa się słowa „umrzeć”) i spalić swe doczesne szczątki w szczególnie świętym miejscu, na Manikarnika ghat w Waranasi lub, gdy odchodzili gdzie indziej, pragnęli, by ich prochy wrzucono do rzeki właśnie w tym miejscu. Tutaj sfery niebiańskie stykają się ze sferami ziemskimi i podziemnymi i owo przebicie sprawia, że spopielenie ciała na Manikarnika ghat przerywa koło samsary i daje ostateczne wyzwolenie, samadhi, z okowów materii, zaś wrzucenie prochów do rzeki wzmacnia tę możliwość w przyszłym wcieleniu. Kto zaś odejdzie z tego świata nad którąś z rzek dorzecza i każe wrzucić swe prochy, by spłynęły do Gangi, ten uzyska lepszą karmę w przyszłym życiu.

Choć symbolika Gangi pozostała żywa do dziś, to przecież nie wszyscy hindusi jadą żegnać się z tym życiem nad Gangę lub każą się tam spopielić. Czasem syn przywozi prochy ojca w urnie i wrzuca je do rzeki. Rytuał spopielania ciała po śmierci jest tak stary jak cała indyjska cywilizacja. Przepalenie najgrubszej materii człowieka, jaką jest jego fizyczne ciało pozostające w okowach pożądania, nienawiści i zaślepienia, pozwala szybciej uwolnić atmana, boską cząstkę człowieka należącą do niezniszczalnego brahmana i uzyskać samadhi. Nie spopiela się ciał ludzi dotkniętych trądem (ich ciała są przepalone chorobą, więc ich karma jest oczyszczona), małych dzieci oraz świętych mężów — ich ciała są wrzucane bezpośrednio do rzeki.

Świętość Gangi nie polega na jej jedyności, wyłączności czy cudowności, lecz na użyteczności dla ludzi — pomonsunowe wylewy zapewniały i zapewniają żyzność pól uprawnych na Nizinie Hindustańskiej. Jednocześnie wiedza o archaicznej przeszłości subkontynentu, którego geologia i geografia są wciąż in statu nascendi, kształtują się nadal i zmieniają krajobraz niemal na naszych oczach, wywołuje zaniepokojenie przyszłością Gangi. W 1897 pod wpływem trzęsienia ziemi w Assamie uległo zmianie ukształtowanie całego pasma górskiego, a w 1810 nastąpiła zmiana struktury błot w rejonie Kaććh, w Gudżaracie. W bardzo odległych czasach zaginęła rzeka Saraswati, dziś giną Jamuna i Czambal; nie jest powiedziane, że Ganga będzie płynęła zawsze. Codzienne pudże odprawiane na jej brzegach wyrażają radość i wdzięczność za to, że jest, że wciąż trwa. Najważniejsze miejsca pielgrzymek to — Gangotri, Rishikesh, Haridwar, Prayag, czyli miejsce ofiary, Waranasi i Kalkuta.

Opowieść mitologiczna mówi o zderzeniu dwóch kontynentów — archaicznej Gondwany z Azją, kiedy wypiętrzyły się Himalaje i powstało Morze Tetydy. Morze to zostało było zasypane przez spływające z gór z deszczami muły, skały, piasek, wapienie i pył. Przybywający ludzie lamentowali, gdyż nie było słodkiej wody i nie mogli uprawiać ziemi. Żarliwa modlitwa wieśniaków, po której dopiero nastąpiła interwencja bogów, przyczyniła się do powstania rzeki. Śiwa ulitował się nad błagalnikami i wymógł na bogu Brahmie stworzenie Gangi. Spłynięcie potężnych potoków wód z roztopionych himalajskich lodowców jest wielkim kosmicznym aktem Brahmy poprawiającym pierwotne dzieło stworzenia. Śiwa trwając w medytacji w postawie jogina amortyzuje spadek wód dzięki swym gęstym włosom, po których spływają pieniące się potoki. Od tamtej chwili Śiwa nosi imię — Gangadhara, powstrzymujący Gangę i w ten sposób chroni Nizinę Hindustańską przed potopem. Ponieważ sprawił, że powstała, jest też jej opiekunem.

Inna opowieść mitologiczna mówi, że wody Gangi wypłynęły spod stóp Wisznu i zalawszy górę Kailasę spłynęły na włosy Śiwy, a ten potrząsając głową sprawił, że woda zaczęła z nich spadać kropla po kropli, aż powstała rzeka i wielkie jeziora w Indiach południowych. Jeszcze inne powiadają, że wytrysnęła spod stóp Brahmy lub z palców Parwati, albo że wypłynęła z pyska krowy niebiańskiej w Gangotri jako Bhagirati (potok wypływający spod lodowca, w niższym biegu nazwany już Gangą). Jeszcze inna opowieść mówi, że to Bhagiratha, prawnuk króla Sagary z Ajodhji żył tak długo w ascezie, aż Śiwa spełnił jego życzenie, by rzeka Ganga popłynęła przez spragnioną wody Nizinę Hindustańską. Śiwa poprowadził wody Gangi poprzez swe gęste włosy, gdyż inaczej, upadając na ziemię z potworną siłą, zniszczyłaby ziemie uprawne. Bhagiratha nazwał rzekę sagara, ocean, i wykopał dla niej łożysko, nad którym od niepamiętnych czasów kąpią się pielgrzymi, zmywając karmę poprzednich żywotów. Obraz rzeki kojarzy się z bogami, których siedziby są tam wysoko oraz z kryształowo czystą wodą, tryskającą ze sfer niebiańskich znajdujących się gdzieś w górze. Wielka rzeka nie ma swego źródła w ziemi, spływa do ludzi z niebios. Spłynięcie rzeki w dół jako dar bogów jest w Indiach częstym tematem twórczości religijno-artystycznej (Mahaballipuram w Tamil Nadu).

Ganga jest archetypem wszystkich rzek wytapiających się z himalajskich lodowców, a przede wszystkim Indusu, Jamuny i Brahmaputry.

Indus o długości 3180 kilometrów i o dorzeczu 960 000 km2, z deltą 8 000 km2, wytapia się z lodowców pasma górskiego świętej góry Kailasy, gdzie przebywa Śiwa ze swą małżonką Parwati.

Brahmaputra, syn Brahmy, o 2888 kilometrów długości i dorzeczu 930 000 km2, bierze swój początek gdzieś na wysokości 5000 metrów, niedaleko Lhasy w Tybecie. W języku tybetańskim nosi nazwę Jarlung-Cangpo.

Ganga o 2700 kilometrów długości i największym dorzeczu — 2 165 000 km2 — tworzy wraz z Brahmaputrą największą deltę świata, rozlewającą się w niezliczonych odnogach na powierzchni 110 000 km2. Za początek rzeki uważa się potok na wysokości 3150 metrów w Gangotri, miejscu zaślubin Śiwy i Parwati — dla hindusów cel pielgrzymek równie ważny jak Waranasi.

Jamuna, siostra Gangi, tworząca wraz z nią Doab (Dwurzecze) najstarszą historyczną krainę Indii, ma 1370 kilometrów długości, dorzecze o powierzchni jedynie 314 600 km2, a początek swój bierze na wysokości 3308 metrów w paśmie Kumaun w Himalajach.

Cytowaną w Wedach rzekę Saraswati, nieistniejący już dziś dopływ Indusu, nad którym za czasów wedyjskich riszi inkantowali hymny do bogini Saraswati, opiekunki literatury, poezji, muzyki i pieśni, pamięć zbiorowa umieściła pod Gangą.

Rzeka ta płynęła ongiś w Pendżabie i wpadała do Indusu. Napieranie płyty subkontynentu indyjskiego na płytę azjatycką było i jest przyczyną gigantycznych trzęsień ziemi, jakie nawiedzają od wieków ten region jak to, które w 2001 roku pochłonęło starożytne miasto Budż (Buj), leżące w bagnistym rejonie Kaććh. Podczas jednego z takich kataklizmów rzeka Saraswati zaginęła pewnie całkowicie, pochłonięta przez piaski pustyni Thar, zaś inne rzeki Pendżabu zmieniły swe koryta. Ludność pozbawiona wielkich rzek i żyznych pól zalewowych emigrowała dalej na wschód i zasiedlała nadrzeczne niziny hindustańskie na północy Indii.

Lecz pamięć o starej rzece przetrwała w hymnach oraz wierze, że nadal płynie mitycznym korytem czasu pod Gangą, a jej wieczna obecność ujawnia się w świętym mieście Prayag (dziś Allahabad), tak starożytnym jak Waranasi i od niepamiętnych czasów miejscu ważnych pielgrzymek. Podziemna Saraswati spotyka się z siostrami Jamuną na Żółwiu i Gangą na Krokodylu w zbiegu trzech rzek, świętym sangam.

Saraswati, co lśnisz czystą strugą
Pełna nagród, skarb natchnienia nosisz
Zechcij dziś ofiarę naszą przyjąć

Ty ożywiasz nasze piękne pieśni
I najlepsze rozbudzasz w nas wizje
Tobie ta ofiara, Saraswati!

Ty wezbraną falę, Saraswati
Ukazujesz nam swym boskim blaskiem
I prowadzisz ku niej wszystkie myśli!
Do Aświnów, Indry i Saraswati, Rigweda 1,3
(strofy 10-12, tłum. Cezary Galewicz)

religia rzeki Gangi — Kumbha Mela

Wokół rzeki Gangi, z przywiązania do jej piękna, tajemnicy i niesfornej natury utworzyła się cała religia, tak starożytna jak ludzka pamięć o pierwszych osadach nad rzeką Saraswati, przeniesionych na Nizinę Gangestańską. Starożytna kraina Bharatów, kolebka dzisiejszych Indii, leży między Gangą i Jamuną, w tak zwanym Doabie, Dwurzeczu. Historycy wciąż się spierają, czy Wielka Bitwa Bharatów między dawno już osiadłym klanem Kaurawów, a Pandawami, nowo przybyłym i bardzo agresywnym ludem aryjskim, istotnie rozegrała się. Niektóre wymienione w Mahabharacie miejsca są poświadczone historycznie, jak równina Kurukszetra, słynne miejsce bitwy. Wspomina się tam również o religijnych melach ku czci rzeki Gangi.

Kumbha to tradycyjny, pękaty dzban na wodę, a w astrologii hinduskiej — zodiakalny znak Wodnika; w hinduskiej architekturze — element w kształcie dzbana zdobiący podstawę głowicy świątynnej kolumny. Mela to święto.

Kumbha Mela is the greatest of the Indian pilgrimages and the largest of the world's religions. (…) This Mela presents the kaleidoscopic view of a mini-Bharat, where trans-sectarian Hindus realize that they are one on the issue of virtues of the bath and experience and understanding of the invisible ultimate reality of wholeness and oneness Subas Rai, Kumbha Mela. History and Religion; Astronomy and Cosmobiology,
Ganaga Kaveri Publishing House, Varanasi 1993

Chińczyk Huan-Tsang (Xuan-Zang) filozof i erudyta, podróżujący po Indiach w latach 629-645, dał pierwszy szczegółowy opis meli, jaka odbyła się w 644 roku, w Prayagu (dziś Allahabad), za czasów króla Harszawardhana. Był on wtedy studentem na pobliskim buddyjskim Uniwersytecie Nalanda — nie ma wątpliwości, co do rzetelności opisu tego, co widział. Zanotował, że wyraźnie mówiło się, iż święto trwa od czasów neolitu. Pierwszy kalendarz solarny (obok lunarnego) został ustanowiony w roku 283 p.n.e., więc wtedy mela musiała przyjąć swą formę. Nie ma wątpliwości, że Prayag był miejscem, gdzie odbyła się pierwsza khumba mela, ale nie wiadomo w jakiej epoce dokonano pełnej inscenizacji mitu. Chińczyk podkreśla, że w meli uczestniczyli hindusi, buddyści i dżiniści, bez żadnej różnicy.

Dzban spoczywał na dnie oceanu mleka. Był wypełniony amritą, nektarem nieśmiertelności. Gdy bogowie w poszukiwaniu skarbów wzburzyli ocean, ubijając go ubijakiem sporządzonym z mitycznej góry Meru, dzban z amritą wypłynął na powierzchnię. Bogowie, dewowie, zazdrośnie zatrzymali go dla siebie. Jednak demony, asurowie, chcieli go odebrać i uzyskać nieśmiertelność. Kiedy Wisznu porwał dzban próbując go ratować, rozgorzała wielka bitwa trwająca dwanaście mitologicznych lat, podczas której dzban rozbił się bezpowrotnie i tylko cztery krople nieśmiertelności spadły na ziemię.

Jedna w Haridwar, bramie bogów, na ghat Har Ki Pairi, gdzie jest odbita stopa Wisznu; Ganga ostatecznie wypływa tu z Himalajów na Nizinę Hindustańską.

Druga w Prayag (dziś Allahabad), w świętym sangam, gdzie Ganga łączy się z siostrą Jamuną i podziemną Saraswati.

Trzecia w Nasik, nad świętą rzeką Godawari, w środkowych Indiach.

Czwarta w Udżdżain, mieście starożytnej astrologii, gdzie w czasach już całkiem nowożytnych władca Dżajpuru, Dżaj Singh, zbudował jedno ze swych pięciu słynnych obserwatoriów astrologicznych.

Kumbha Mela odbywa się we wszystkich tych czterech miastach w cyklu dwunastoletnim co mniej więcej trzy lata, w datach wyznaczonych przez biegłych w astrologii panditów.

Woda jest paradygmatem wszystkich religii hindu. Ma moc oczyszczania i jest nieskończonym źródłem energii życia, a kąpiel w świętej rzece zawsze przywraca moc z chwili narodzenia. Celem kąpieli podczas Święta Dzbana jest ostateczne wyzwolenie z więzów samsary, a więc uwolnienie od przymusu kolejnych narodzin lub chociaż częściowe przepalenie karmy i odrodzenie w lepszych warunkach doczesnych. Święto Dzbana jest par excellence epifanią — jednorazowym Objawieniem, ukazaniem się tego, co zwykle ukryte. Spadnięcie na ziemię kropli nieśmiertelności jest wydarzeniem kosmicznym, odnawianym cyklicznie i dającym ludziom możliwość dotknięcia przestrzeni nieśmiertelności, chwilowego w nią wstąpienia. Od pierwszej meli astrologowie wyznaczają dzień i dokładną minutę, w której kropla amrity wpada do rzeki — urzeczywistniona w tym momencie kąpiel daje ostateczne uwolnienie od cyklu życia i śmierci. W to wierzą hindusi.

Epifanią jest także Obecność świętych mężów podczas Kumbha Meliguru, sadhu, naga babowie i sannjasini opuszczają pieczary, groty i miejsca odosobnienia u podnóży Himalajów, przerywając milczenie i ascetyczny tryb życia, by dać świadectwo obecności sacrum. To ich modlitwy i inkantacje oraz sama rzeka Ganga wytwarzają pole sacrum, do którego przybywają pielgrzymi. Wszystkie mantry i modlitwy wzmacniają dobrą energię, a osłabiają złą. Każda dobra myśl tworzy dobry ślad, a każdy ton i dźwięk zostaje wkomponowany w całość i łączy się z dźwiękiem pan-kosmicznym.

Maha Kumbha Mela' 1998, Haridwar

Została ogłoszona wielką, gdyż kończyła drugie tysiąclecie. Dane mi było uczestniczyć w tym kosmicznym wydarzeniu.

Pamiątka epifanii — wpadnięcia kropli amrity do Gangi — miała miejsce 12 kwietnia 1998 roku o godzinie 12.45, w wigilię nowego księżyca. Czas ten został ogłoszony przez astrologów dużo wcześniej. Pielgrzymi przybyli na kilka dni, a nawet tygodni przed tą datą i w skupieniu przygotowywali się do wzięcia udziału w wielkiej rytualnej ablucji — brali kąpiel w rzece trzy razy dziennie, a posiłek — tylko raz dziennie, słuchali nauk świętych mężów, medytowali, recytowali mantry.

Organizacja była imponująca. Dla pielgrzymów wystawiono na piasku nad brzegami Gangi i nad jej licznymi odnogami miasteczko namiotów polowych, przygotowano wielkie polowe kuchnie do wydawania zbiorowych posiłków, zmontowano latryny i ustawiono beczkowozy z wodą pitną. Jedzenia, wody do picia i miejsca do spania nie zabrakło aż do końca święta, choć przez cztery tygodnie odwiedziło Haridwar sześć milionów pielgrzymów.

Okolice i samo miasteczko zabudowano siecią uliczek z bambusowych balustrad, a wojsko kierowało tłumem tak, by nie doszło do zgromadzenia ludzi w jednym miejscu lub do zablokowania dojścia do Gangi. Tłum przelewał się bezpiecznie w ściśle określonym kierunku, a wojsko czuwało nad tym, by zawsze była jakaś pusta „uliczka” dla dojazdu służb porządkowych i ambulansów z lekarzami. Obserwowaliśmy pracę wojska. Żołnierze przemieszczali się na koniach, obserwując z wysoka każde zajście i interweniując natychmiast, lecz w sposób bardzo taktowny, łagodny i… religijny. Wszyscy, z którymi rozmawialiśmy byli szczęśliwi i zaszczyceni możliwością brania udziału w tym święcie. Żołnierzy było 30 tysięcy.

Ganga w Haridwar jest rwącą górską rzeką, niebezpieczną dla kąpiących się w tłumie. Jednak i ten problem rozwiązano — na rzece zbudowano specjalne pomosty, by można było przemieszczać się szybko i bezpiecznie w każdym kierunku. Tradycyjne schody na brzegu rzeki, ghaty, miały zabezpieczenia w postaci łańcuchów, aby kąpiący mogli znaleźć oparcie i utrzymać się w wartkim nurcie. Gdy ktoś wpadł do wody, otrzymywał natychmiastową pomoc ratowników ubranych w pomarańczowe kamizelki — byli to zazwyczaj studenci pracujący społecznie, specjalnie wyszkoleni w zakresie umiejętności udzielania pierwszej pomocy (omdlenia, przytopienia, zawały serca i inne). Nie doszło do wypadku utonięcia.

Studenci pracowali także przy wydawaniu regularnych posiłków dla najbiedniejszych — rozdawane na bambusowych talerzach ryż, dal, jarzyny i ćiapaty były przygotowane przez różne organizacje charytatywne, aszramy i organizacje społeczne. Niektóre kuchnie polowe żywiły dziennie po parę tysięcy osób.

Pielgrzymi przybywali tłumnie na święto Kumbha Mela nie tylko po to, by wykąpać się w rzece i doznać odnowienia duchowego, lecz również po to, by spotkać świętych mężów, by dotknąć świętości w bardzo realnym, rzeczywistym wymiarze, pobrać nauki i otrzymać błogosławieństwo na kolejne lata. Była to jedna wielka darśiana, spotkanie i zobaczenie tych, których codzienna cicha egzystencja przebiega w całkowitym ukryciu przed światem. Ich wielka rola społeczna podczas święta to danie świadectwa, uobecnienie tego, co zwykle nieobecne. Aszramy miały swoje namioty, obok których urządzano miejsca do słuchania nauk guru — na dywanach pod baldachimem siedzieli słuchacze. W niektórych aszramach wystawiano fragmenty Ramajany; widziałam jak po zakończeniu recytacji świętych wersetów młodziutki Rama, syn bramina, omiatał głowy wyznawców koroną z pawich piór, a oni dotykali jego stóp — w tym świętym czasie meli, bóg Rama rzeczywiście pojawił się ludziom, przypominając o odwiecznym prawie dharmy.

Uczestniczyło aktywnie, modląc się i medytując oraz udzielając nauk więcej niż 40 tysięcy świętych mężów, nauczycieli, mistrzów, ludzi oświeconych, sadhu, opiekunów aszramów. Przybyli odziani w szafranowe szaty sannjasini, wyrzeczeńcy, wielbiciele Śiwy, a także miłośnicy Wisznu w szatach biało-kremowych lub żółtych. Wielbiciele Ramy, nazywani zwyczajowo baba, ojciec lub katja baba, wielki ojciec, ze znakami popiołu na ciele i włosami posypanymi popiołem, recytujący mantrę Sita Ram Sita Ram Sita Sita Sita Ram lub Hare Rama Hare Rama Rama Rama Hare Hare. Przybyli wędrowni mnisi i asceci — błędni rycerze ducha. Najczęściej powtarzaną mantrą była jednak Ganga Maiha Ki Ja.

Spotkaliśmy Katja Babę Krisznadasa, odwiedziliśmy obóz Śri Sai Baby i Ma Anandy Mayi. Wszystkie najważniejsze aszramy Indii przysłały tam swoich przedstawicieli. Ogromne wrażenie zrobił na nas obóz naga babów. Naga to kij wędrownego ascety, będący znakiem opanowania namiętności ciała, baba to wielbiciel boga Ramy. Młodzi adepci ascezy, rekrutujący się z rodzin bogatych wieśniaków i braminów Maharashtry, utworzyli w XVI wieku w środkowych Indiach całą sieć oddziałów, gotowych walczyć gołymi rękami z napierającymi oddziałami muzułmańskich wojsk Aurangzeba. Potrafili nie jeść i nie pić całymi dniami, podchodzić bezszelestnie pod obóz wroga i uwalniać wszystkie konie, bez których armia rozpadała się. Potrafili całymi dniami i nocami siedzieć ukryci na drzewach w postawach ascetycznych i nagle spadać na wroga jak lawina, mordując bezlitośnie gołymi rękoma. Nie wolno im było używać ognia, ani posiadać broni, w ogóle nie posiadali niczego, nawet derki do spania. Nie plądrowali, lecz umyślnie dezorganizowali wszelkie ruchy armii. Muzułmanie bali się ich straszliwie i brali za dzieci demona. Przetrwali jako jedna z ważniejszych religijnych grup ascetycznych Indii i są traktowani z wielkim szacunkiem jako obrońcy wszystkich religii hindu. Dlatego zawsze idą na przedzie wielkiej procesji do rzeki Gangi. Było ich w Haridwar około 5 tysięcy. Skąd wzięła się ta armia nagich, posypanych popiołem ascetów, nie mających nawet przepaski na biodrach, o długich zwiniętych w węzeł włosach też posypanych popiołem? Z himalajskich ostępów i grot.

Zostaliśmy wyjątkowo zaproszeni do ich obozu — nawet podczas tego nadzwyczaj otwartego święta stronili oni od wścibskiej publiczności, podpatrującej niekiedy w duchu sensacji ich nietypowe obyczaje, i nie opuszczali swych namiotów, ustawionych w samym sercu Haridwar, otoczonych silną ochroną służb porządkowych.

Guru siedział na skórze tygrysa i lekko ćmił odurzającą fajeczkę. Podążający sadhaną Śiwy mogą od czasu do czasu pod okiem mistrza używać opium, by doznać innych stanów świadomości i ćwiczyć nietrwałość stanu obecnego. Podszedł do nas młody asceta i zagaił rozmowę. Zadał tylko dwa uprzejme pytania: Czy wiecie na czym polega istota tego święta i dlaczego hindusi przybywają tutaj tak tłumnie? A wy, po co przyjechaliście tutaj — żeby przeżyć, oglądać czy zaspokoić swoją ciekawość? Rozmowa nie była łatwa, gdyż ciekawości, nawet niezdrowej było w nas sporo, a zrozumienia — żadnego.

Bezimienny asceta powiedział nam, że wyraźnie widzi, iż ludzie Zachodu nie potrafią odczuwać sacrum wtedy, kiedy ono się pojawia.

Czy wchodząc do waszego kościoła zatrzymujecie się z namysłem na progu, czy odczuwacie różnicę między tym, co jest na zewnątrz świątyni i tym, co wewnątrz? Czy przestrzeń sacrum pochłania wasze zmysły, czy zatrzymuje pracę umysłu i daje poczucie lekkości, zmysłowości i radości? Czy wracając w przestrzeń profanum czujecie się inni — wypoczęci i choć na chwilę oczyszczeni z namiętności? Jest czas sacrum i czas profanum — podczas Kumbha Meli mamy tutaj czas świętości dany nam przez bogów. Jest przestrzeń sacrum i przestrzeń profanum — teraz w Haridwar my asceci i przybywający do nas pielgrzymi wytworzyliśmy na czas święta przestrzeń sacrum. Sacrum tu jest. Czy odczuwacie je? Bo jeśli nie, to możecie spokojnie stąd wyjechać, gdyż nic się w was nie zdarzy i niczego, absolutnie niczego nie zrozumiecie. My przeżywamy, a wy pozostajecie w przestrzeni próżnych pytań intelektualnych i w czasie straconym. Możecie stąd odejść.

I odeszliśmy. Nabrałam absolutnej pewności, że duchowość w Indiach ani nigdy nie zaginęła, ani nie zaginie, gdyż jest głęboko uwewnętrzniona, oczywista i naturalna, a nie — wyjątkowa. Codziennie wieczorem uczestniczyłam w wielkich, rozbudowanych wieloma rytuałami pudżach, których najważniejszą częścią była adoracja rzeki — aarti. Siedziałam w tłumie roześmianych i rozgadanych kobiet, przybyłych z Bombaju. Były nauczycielkami w szkołach średnich, opowiedziały mi o wielkiej roli terapeutycznej, jaką spełnia to święto — oderwanie się od własnego ja, przekroczenie lenistwa i wybranie się w uciążliwą podróż, odświeżenie głębszych uczuć religijnych w obecności potężnej rzeki, wspieranie innych poprzez bycie razem, wspólna kąpiel jako konkretny czyn zmierzający do odczucia świętości istnienia.

Procesja idąca ku rzece była najbardziej niezwykłym obrazem, jaki kiedykolwiek i gdziekolwiek ujrzałam. Mimo niewielkiej wtedy wiedzy o istocie tego święta, a może właśnie dlatego, przeżyłam intensywne, krótko trwające dotknięcie sacrum, o którym wspominał młody asceta w obozie naga babów. Niezliczona ilość guru, każdy z nich pod parasolem oznaczającym sprawowanie władzy nad sobą samym, a nie nad innymi, zmierzała w kierunku Gangi, na Har Ki Pairi ghat, by wziąć udział w sakralnej kąpieli w oznaczonej minucie dnia, punkt kulminacyjny Kumbha Meli. Każdy guru był otoczony bliskimi współpracownikami i wielbicielami. Parada kolorów, zapachów, wszystkich możliwych grających instrumentów, przede wszystkim piszczałki i bębenka damaru, za pomocą którego sam Śiwa wybija rytm swego tańca tandawa, kiedy niszczy i odtwarza świat, nie miała końca. Grupy linoskoczków i tancerzy w ekstazie radości pojawiały się przed każdym orszakiem. W dawnych czasach guru jechali na słoniach, wielbłądach i koniach lub na wozach ciągniętych przez bawoły, ale ze względu na bezpieczeństwo tłumu nie dopuszczono zwierząt do procesji. Jechały więc dziwne pojazdy zatopione w kwiatach — platformy ciągnięte i popychane przez ludzi, upstrzone ciężarówki, samochody osobowe i tłum, falujący od szczęścia tłum, zmierzający szybkim krokiem ku rzece. Nie widziałam ani początku tej procesji, ani jej końca — roztopiła się w pyle indyjskiej nocy.