Polacy wobec Indii

Wydaje mi się pożałowania godnym fakt, że wciąż jeszcze wtłacza się różnorodne narody w jakąś jedną kategorię państw biednych, nierozwiniętych lub na drodze rozwoju, choć terminy te w żadnym stopniu nie ujawniają wewnętrznych kontrastów społeczeństw, które zazwyczaj jednocześnie są i bogate, i biedne. Guy Sorman, Le genie de l'Inde, str.140

Wciąż intryguje mnie w polskich mediach brak poważnego traktowania Indii przez dziennikarzy i publicystów, którzy wszystko co indyjskie sprowadzają do biedy, palenia wdów i systemu „kastowego”. Fakt, że prawie nikt nie stara się przezwyciężać tych stereotypów i banałów, poprzez czytanie i cytowanie innej, choćby francuskiej czy włoskiej publicystyki, świadczy o naszym kompletnym ignoranctwie i utrzymuje nas w zaścianku anachronizmów. Podczas prowadzenia grup turystycznych po Indiach jest mi dane obcować bardzo blisko z polską mentalnością, która jest odbiciem poziomu naszych mediów. Niektórzy turyści odczuwają coś na kształt wstydu i pytają „dlaczego nikt o Indiach nie opowiada normalnie, dlaczego nikt nas nie uczy o indyjskiej starożytnej cywilizacji?” Tego właśnie nie wiem.

Obraz Indii jest zawsze negatywny. Indie są zawsze potępiane. Z wszystkich cywilizowanych krajów był to kraj długo najbiedniejszy, to prawda. Ale dziennikarze nie szukają odpowiedzi na podstawowe pytanie, dlaczego, z jakiego powodu Indie stały się biedne. Zawsze i wszędzie pojawia się odpowiedź mechaniczna — bieda generowana jest przez system „kastowy”, „wsteczna” religia jest hamulcem rozwoju. A przecież kiedy Europejczycy przybyli do Indii poziom życia był tam najwyższy w świecie, zaś bajeczne bogactwa — przysłowiowe. Nie tylko paru książąt było bogatych, lecz całe społeczeństwo, a tkaniny i biżuteria nigdzie wtedy w świecie nie osiągały tak wysokiego poziomu wykonania jak w Indiach. Anglicy w parę lat zrujnowali cały przemysł tekstylny, wprowadzając podatek od eksportu i pozwalając wolnym od cła towarom angielskim swobodnie wpływać do kraju. Kolejnym ciosem dla gospodarki indyjskiej było wprowadzenie od XVIII wieku własności ziemi. System warnowy podtrzymywał (i nadal utrzymuje) równowagę między różnymi grupami społecznymi i licznymi plemionami. Mało kto w Polsce przypomina o tragicznej eksploatacji prowadzonej przez angielskich kolonizatorów, ba, większość Polaków jest przekonanych, że kolonizacja przyniosła Indiom niebywały wręcz postęp.

Powtarzanie banału o paleniu wdów jest kolejnym niezrozumieniem tematu. Rytuał wstępowania wdów na stos kremacyjny męża dotyczył bardzo niewielkiej ilości kobiet, tylko żon ksiatrijów i braminów. Wieśniaczki z warny siudrów oraz kobiety z wszystkich innych społeczności nie miały prawa wstępować na stos, nie znały zresztą mitu o Sati.

W mentalności Polaków w ogóle nie funkcjonuje coś takiego jak indyjska duchowość. Jeśli mamy znamienitych indologów, to przekazują oni swą wiedzę tylko studentom uniwersytetu i piszą prace naukowe tak szczegółowe, że nie mogą być one ani dostępne, ani zrozumiałe szerszemu gremium zainteresowanych. Nie mamy szczęścia do dobrych popularyzatorów o szerokim spektrum zainteresowań, z pozytywnym nastawieniem do Indii, mogących przekonać do starożytnej indyjskiej filozofii, której oddziaływanie na Zachodzie jest faktem już od dobrych paru dziesięcioleci. Dla większości Polaków jest zaskoczeniem informacja, że Indie posiadają samorodny, w pełni usystematyzowany system filozoficzny, mający co najmniej 4 tysiące lat. Joga i medycyna ajurwedyczna wciąż wzbudzają podejrzenia u Polaków.

Z drugiej strony, w mediach i na półkach księgarskich pojawiają się opowieści naocznych świadków, turystów, wałęsających się coraz liczniej po Indiach, ale ich doświadczenia są przypadkowe, a wiedza… żadna. Nie mam nic przeciwko emocjonalnym raportom i niekiedy szczerej fascynacji, jaka przebija przez nudne skądinąd linijki fragmentarycznych relacji, ale one nie wnoszą nic nowego do naszej bardzo płytkiej wiedzy o Indiach.

Kiedy pracowałam na Uniwersytecie Jagiellońskim i w tym czasie byłam wegetarianką, codziennie słuchałam złośliwych uwag pod moim adresem na temat diety bezmięsnej. Ale nie to było najgorsze, najgorsze było to, że każdy adiunkt, doktor, asystent czy profesor czuł się w obowiązku pouczać mnie i sprowadzać na jedną jedyną słuszną drogę. Agresja naukowców i brak rudymentarnej tolerancji, co jest w Polsce nagminne, były nie do zniesienia, gdyż naruszały i podważały ukochane przeze mnie prawo ahimsy. Kiedy zaczęłam jeździć do Indii, to choć przestałam być wegetarianką, nowym pouczeniom nie było końca. Tym razem najgorsze było to, że wiele osób z drwiącym uśmiechem mówiło „to jeszcze ci nie przeszło” albo „kiedy ustatkujesz się i przestaniesz być hipiską” (którą nigdy nie byłam), „a to tylko taka moda, przejdzie ci”. Doprawdy, minęło 19 lat od kiedy jeżdżę do Indii, 11 lat od kiedy pracuję jako zawodowy pilot wycieczek zagranicznych, a Polacy wciąż niezmiennie pytają: „czy nie przeraża cię bieda w Indiach?” Ano, nie przeraża mnie, ponieważ patrzę skroś biedy i widzę inne bogactwo.

Nasze polskie myślenie o Indiach pozostaje na poziomie dziewiętnastowiecznych, pierwszych interpretacji uczynionych przez Anglików. Niewielu badaczy wykazało przenikliwość i żywe zainteresowanie indyjską przeszłością, z wyjątkiem A. Bashama, który oddał Indiom hołd, dając swej dziś już klasycznej książce tytuł The wonder that was India (Cud, jakim były Indie). Polski wydawca, Państwowy Instytut Wydawniczy, uprzejmie zrezygnował z tego znamiennego tytułu, wprowadzając tytuł banalny: Indie. Pytam — dlaczego pozbawiono nas wiedzy o tym, że Indie były kiedyś cudem?

Pierwszym Polakiem, który odwiedził Indie był prawdopodobnie żeglarz z Gdańska, Krzysztof Pawłowski. Wypłynął z Portugalczykami z Lizbony i dotarł do Goa w 1596 roku. Pozostawił po sobie opis drogi morskiej w formie obszernego listu-relacji w języku francuskim. Nie był zachwycony Indiami, pisał, że spotkał „okopciałych” ludzi… Zmarł w 1603.

W XIX wieku nie mieliśmy ani jednego wielkiego Polaka, którego zainteresowania kierowałyby się w stronę Indii.

Pierwszą i jednocześnie najwybitniejszą do dzisiaj osobą działającą na polu polskiej nauki w dziedzinie indologii był Andrzej Gawroński (1885-1927). Wybitny językoznawca i poliglota (znał około 60 języków), od 1916 roku profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego i Uniwersytetu Lwowskiego, wykładowca w Uniwersytecie w Lipsku, dał się poznać już w bardzo młodym wieku jako geniusz językowy. Niestety, z braku funduszy na leczenie zmarł w Lipsku na gruźlicę mając zaledwie czterdzieści dwa lata i tym samym nie dowiedzieliśmy się, jak bliskie pokrewieństwa łączą języki słowiańskie, a zwłaszcza język polski, z sanskrytem. Jego Podręcznik sanskrytu pozostaje do dzisiaj podstawowym podręcznikiem akademickim sanskrytu dla studentów indologii w Polsce.

Stanisław Schayer (1899-1941) był równie wielkim indologiem i religioznawcą — od 1930 roku profesor Uniwersytetu Warszawskiego, od 1936 członek Polskiej Akademii Umiejętności. Przełożył z sanskrytu, między innymi, 100 Pieśni Kabira i Śakuntalę Kalidasy, a liczne prace z literatury, filozofii i religioznawstwa zwróciły nań uwagę europejskich środowisk uniwersyteckich. Jego książka O filozofowaniu Hindusów pozostaje do dziś pozycją klasyczną.

O Wandzie Dynowskiej-Umadevi (1888-1971) piękny i wyczerpujący artykuł napisał Kazimierz Tokarski, odsyłam do tej internetowej publikacji. Wanda Dynowska wyjechała do Indii w 1935 roku i została tam aż do śmierci, ostatnie dziesięć lat życia poświęcając sprawie tybetańskiej. Organizowała ochronki i szkoły dla tybetańskich dzieci, uciekających z ojczyzny po agresji Chin na Tybet. Poznała w swoim barwnym życiu wielu znakomitych mistrzów duchowych — Annie Besant, Jiddu Krishnamurtiego, Śri Aurobindo, Śri Ramanę Maharishiego, Nisargadattę Maharaja, wielokrotnie rozmawiała z Mahatmą Gandhim. Przyjaźniła się z Dalajlamą i Karolem Wojtyłłą. Uczyła, także samych Indusów, dostrzegać wielkość Indii. Wraz z Maurycym Frydmanem założyła Bibliotekę Indyjsko-Polską (która wciąż nie doczekała się w Polsce naukowego opracowania). Nazwano ją Wielką Ambasadorką kultury indyjskiej dla Polaków (ale Polacy wciąż nie znają ani jej życia, ani dorobku). Sama o sobie powiedziała: Jedyną dla mnie drogą, od której nie odstąpię nigdy, jest służenie Mistrzom i praca.

Maurycy Frydman, (1901-1976), którego losy zagnały do Indii z powodu zawieruchy wojennej, był postacią może mniej barwną, ale nie mniej zasługującą na naszą wdzięczną pamięć. Poza pracą na rzecz Biblioteki Polsko-Indyjskiej i długoletnią braterską przyjaźnią z Umadevi, dokonał bardzo ważnego dzieła, a mianowicie nagrał na taśmy magnetofonowe, a następnie przetłumaczył z języka marathi na angielski i opracował rozmowy z Mistrzem Nisargadattą Maharaj.

Leon Cyboran, (1928-1977), badacz filozofii indyjskiej, wybitny znawca klasycznej jogi, którą uprawiał przez wiele lat. Autor polskiego przekładu Jogasutr Patandźalego wraz z komentarzem Wjasy.

Misjonarz Ojciec Marian Żelazek , werbista, (1918-2006), wyjechał do Indii w latach 70. Zaczął pracę misjonarską wśród Adibasów, koczowniczej ludności plemiennej w stanie Orissa, we wschodnich Indiach. (Wikipedia podaje, że Adibasowie żyją w dżungli — a gdzież to w Indiach jest jeszcze jakaś dżungla!?)

W 1975 roku założył w Puri aszram dla chorych na trąd, wzorowany na tradycyjnej instytucji indyjskiej. Trędowaci byli zawsze wyrzucani poza obręb wiosek i skazani na wieczne tułactwo. W tym samym duchu troski o bliźniego-brata, z jakim Matka Teresa pracowała w Kalkucie, Ojciec Żelazek zaopiekował się chorymi, których zebrał aż 600. Pracował do końca swoich dni, zawsze pogodny i oddany sprawie. W 2002 roku z inicjatywy indyjskiego ruchu Maitrei (nie z inicjatywy polskiej) był desygnowany do pokojowej nagrody Nobla (otrzymał ją Jimmy Carter).

Nawet o Ojcu Żelazku uczestnicy moich wycieczek zupełnie nic nie wiedzą.

Śmiem odrobinę wątpić w efekty jego zapału ewangelizacyjnego. Po pierwsze dlatego, że Konstytucja Indii zabrania szerzenia wiary na siłę, środkami materialnych apanaży, takich jak bezpłatne szkolnictwo, co nagminnie stosuje Kościół katolicki. Po drugie, francuski misjonarz XIX wieku, ojciec Dubois pisał w 1820 roku: Podczas długiego okresu, kiedy mieszkałem w Indiach — dwadzieścia lat — udało mi się nawrócić w sumie 200-300 osób. Z tego dwie trzecie to byli pariasi lub żebracy. Pozostali, to włóczędzy… Nie przypominam sobie, by ktokolwiek przyjął chrześcijaństwo z przekonania lub bezinteresownie. Inny, tym razem współczesny francuski misjonarz, ojciec Pierre Ceyrac powiedział Guy Sormanowi (za którym cytuję), że Indusi wydają mu się nienawracalni, i że nie osiągnął nawet tak wysokiej liczby nawróceń, jak ojciec Dubois. Stwierdził, że w Indiach Kościół nie jest po to, by nawracać, lecz by dawać świadectwo.

Poza tymi słowy, wszyscy misjonarze na czele z Matką Teresą z Kalkuty byli i są w Indiach kochani, adorowani i uwielbiani, ale nie za akcję nawracania, lecz wyłącznie za dobroć i miłość, jakimi spontanicznie obdarzają ludzi, zarówno biednych jak i bogatych. Miłość i współczucie dla innych są ich racją bycia. Po prostu. Bez żadnej ideologii.