Jezus z Nazaretu

Życie młodego Jezusa jest owiane mgłą tajemnicy.

Jest bardzo mało prawdopodobne, a wręcz niemożliwe, że Jezus był w Indiach między 12 a 30 rokiem życia.

Ale pozostaje pytanie: gdzie był w tym czasie?

Jest i drugie pytanie: gdzie był po zdjęciu z krzyża i opuszczeniu grobu?

Wszak spotkano go w Emaus, gdy opuścił Jerozolimę na dobre. Czy wtedy udał się do Indii?

Rodzice Jego chodzili co roku do Jerozolimy na Święto Paschy. Gdy miał lat dwanaście, udali się tam zwyczajem świątecznym. Kiedy wracali po skończonych uroczystościach, został Jezus w Jerozolimie, a tego nie zauważyli Jego Rodzice. Przypuszczając, że jest w towarzystwie pątników, uszli dzień drogi i szukali Go wśród krewnych i znajomych. Gdy Go nie znaleźli, wrócili do Jerozolimy szukając Go.

Dopiero po trzech dniach odnaleźli Go w świątyni, gdzie siedział między nauczycielami, przysłuchiwał się im i zadawał pytania. Wszyscy zaś, którzy Go słuchali, byli zdumieni bystrością Jego umysłu i odpowiedziami.
Ewangelia wg św. Łukasza, 2, 41-47

Łukasz pisze dalej, że Rodzice zabrali Jezusa do Nazaretu i „był im poddany” i „czynił postępy w mądrości, w latach i w łasce u Boga i u ludzi”. Któregoś dnia znów poszedł do świątyni, ale tym razem nie wrócił do domu. Maria szukała go jak zwykle.

Być może zagubił się w kolorowym tłumie handlarzy drobiazgów i doktryn religijnych, nauczycieli, mistyków, nawiedzonych mędrców, rozhisteryzowanych kobiet i płaczących dzieci.

Z kim poszedł? I gdzie? Z jakim Nauczycielem? Czy spotkał joginów? Szalonego męża czy leśnego mędrca riszi ze Wschodu? Czy gromadkę wędrownych mnichów, od których roiło się w świątyniach?

W dawnych Indiach, wielu młodych ludzi z różnych warn społecznych udawało się na naukę do leśnych mędrców. Wyjściu z domu towarzyszył rytuał porzucenia rodziców, mający symbolicznie znaczenie zerwania więzów z przeszłością i zerwania więzów emocjonalnych, gdyż tylko nie obciążony umysł mógł bez przeszkód poznawać nową naukę. Rodzice nie odczuwali porzucenia jako czyn niemoralny lub bolesny, albowiem obowiązkiem człowieka jest dążenie do wyzwolenia. Guru był traktowany jak matka, gdyż „rodził” do życia świadomego, duchowego.

Oprócz pustelni riszi, nazywanych leśnymi akademiami, było też na Bliskim Wschodzie wiele ośrodków medytacji, gdzie wykładano tajniki wiedzy wyższej, do której z pewnością należała starożytna joga, już wtedy uważana za należycie przez wieki sprawdzony system doskonalenia ciała i umysłu. Od czasów Asioki, istniały też liczne klasztory buddyjskie, zwłaszcza w krainie Uddijana (dzisiejszy Afganistan i Kaszmir), których poziom nauczania i oddziaływanie były właśnie w tamtych czasach najwyższe.

Jezus spotkał być może mnichów buddyjskich czy hinduskich mędrców, albo osoby powracające z Indii po latach nauki, i zabrał się z nimi w drogę. Ówczesne trakty handlowe były bardzo ruchliwe i otwarte dla wszystkich, a jeśli dla kupców jadących z towarem okazywały się niebezpieczne, to dla biedaków podążających w blasku dnia były z pewnością całkiem przyjazne. Można domyślać się, że w ciągu tych siedemnastu lat spędzonych poza Palestyną, Jezus przerywał niejednokrotnie swą podróż i zatrzymywał się na dłuższy czas w jakimś ośrodku. Poznał więc, i to wydaje się prawdopodobne, najważniejsze ówczesne nurty filozoficzno-religijne. Ale nie tylko poznał owe dyscypliny w sensie intelektualnego studiowania teorii i doktryn, ale odbył praktykę duchową i uświęcił swoją wiedzę doświadczeniem. W tym sensie, poszedł śladami Buddy.

Wydaje się też, że pod wpływem joginów oczyścił w sposób doskonały swoją intuicję i przyjął sadhanę rozwijania dżniana jogi i bhakti jogi. Raczej nie był ascetą. Reprezentował inny typ poznania niż Jan Chrzciciel, który był mistykiem i którego wiedza pochodziła wyłącznie z czystej spontanicznej intuicji.

Jezus już jako trzydziestoletni dojrzały mężczyzna wrócił nad rzekę Jordan, która była symboliczną granicą wpływu religii azjatyckich. Przekroczenie Jordanu musiało oznaczać powrót do judaizmu, ale przecież Jezus wracał do Galilei jako nauczyciel nowej świadomości, którą chciał rozpowszechniać i podarować innym, wracał głosić Dobrą Nowinę.

Nad Jordanem spotkał Jana Chrzciciela, który dla religii indyjskich jest uosobieniem wędrownego mnicha. Tak jak oni nosił odzienie z sierści wielbłądziej i pas skórzany około bioder, a jego pokarmem była szarańcza i miód leśny Ewangelia wg św. Mateusza, 3, 4

Jezus obnażył się i w pokorze dał ochrzcić przez Jana, a ten widział zapewne aurę i karmę napotkanego człowieka. To on dał pierwsze świadectwo: Ujrzałem Ducha, który jak gołębica zstępował z nieba i spoczął na Nim (…) Ja to ujrzałem i daję świadectwo, że On jest Synem Bożym Ewangelia wg św. Jana 1, 32-34

Jezus zyskał na znaczeniu w oczach ludzi i mógł rozpocząć swą misję właśnie wtedy, gdy Jan Chrzciciel uznał go publicznie.

Kiedy Jezus powrócił do rodzinnych stron i zaczął nauczać Zdumiewali się Jego nauką: uczył ich bowiem jak ten, który ma władzę, a nie jak uczeni w Piśmie Ewangelia wg św. Marka, 1, 22

Miał moc uzdrawiania, powoływania uczniów i głoszenia Prawdy, która wyzwala. Doszedł do tej mocy dzięki długoletniej dyscyplinie praktyki wewnętrznej i miłości, bez której moc jest tylko brutalną siłą. Wielcy nauczyciele mają taką moc.

Joga jest zarówno wiedzą jak i praktyką; polega między innymi na opanowaniu zjawisk świadomości poprzez ćwiczenia pranajamy, czyli kontrolę oddechu. Osiągnięcie nadnaturalnych mocy nie jest celem samym w sobie, lecz naturalną konsekwencją ascezy, oznaką udanej praktyki. Uzyskane w ten sposób cudowne moce, siddhi, mogą zostać spożytkowane albo bezpośrednio dla dobra drugiego człowieka: uzdrowienie opętanego, trędowatego, paralityka, otworzenie oczu niewidzącemu, albo pośrednio dla dobrostanu wspólnoty: chodzenie po wodzie, by nie obciążać łodzi płynącej pod wiatr, zamiana wody w wino w czasie wesela, rozmnożenie chleba. Takie moce były i są w posiadaniu wielu indyjskich joginów. Ale ostatecznie nie chodzi o moc jezusową samą w sobie, lecz o to, w jaki sposób wykorzystał ją do swoich celów: przekazania ludziom swego posłannictwa, idei ahimsy. Jedną z zasad dharmy jest to, że wiedzy duchowej nie wolno zatrzymywać dla siebie. Powinnością jest przekazywanie własnego doświadczenia innym ludziom. Rozumiał tę powinność podobnie jak Budda.

Co Jezus miał do przekazania ludziom w tamtych czasach?

Żył w konkretnej epoce i, jak byśmy to dziś nazwali, niepokoił go etyczno-moralny poziom wzajemnych kontaktów międzyludzkich. To co najistotniejsze w jego przekazie i całkowicie nowe wobec starotestamentowego oko za oko, ząb za ząb, to było wezwanie do miłości. Nie chodziło mu o biologiczną miłość matki do dziecka, plemienną miłość ojca do syna i wojownika do wodza, czy społecznie konieczne miłosne przywiązanie męża do żony. Chodziło mu o miłość do każdego napotkanego człowieka, o uznanie go bratem mimo braku związków krwi. Prawdziwi krewni Jezusa. Któż jest moją matką i [którzy] są braćmi? I spoglądając na siedzących dokoła Niego rzekł: «Oto moja matka i moi bracia. Bo kto pełni wolę Bożą, ten Mi jest bratem, siostrą i matką» Ewangelia wg św. Marka, 3, 33-35

Nawoływał do braterstwa powszechnego i wolności ducha. Poszerzył znaczenie rodziny — wszyscy byli dla niego jedną wielką rodziną i każdy był umiłowanym bratem. Szczególną miłością otoczył kobiety, których nie wykluczył ze wspólnoty, a wręcz odwrotnie — bronił je, wspierał i traktował na równi z braćmi. Inaczej niż Budda, który nie przyjął kobiet do wspólnoty (sanghi).

Od dwóch tysięcy lat kultura zachodnia boryka się z przyjęciem Jezusowego wezwania do miłości. Wprawdzie Rewolucja Francuska powtórzyła hasło braterstwa w swej zlaicyzowanej formie, ale niemiecki nazizm ukazał całkowite fiasko idei wolności i braterstwa, a tym bardziej miłości powszechnej. Chrystusowy przekaz nie zmienił świadomości ludów europejskich.

Jezus mówił o miłości do wszystkiego, co żyje, mówił o ćwiczeniu łagodności, akceptacji, szacunku, poszanowania, namawiał do niekrzywdzenia, do nie zadeptywania tego, co żyje. W ściśle religijnym znaczeniu, ten szczególny rodzaj miłości jest drogą pełnego zaufania, oddania się, stopienia, całkowitego poddania wybranej osobowej formie boskości. Ta wybrana forma, Osoba (iszta devata), prowadzi nas do wyzwolenia. Jedną z form miłości na drodze oddania jest naśladowanie ukochanego mistrza. Dzięki duchowej praktyce Jezus stał się wyzwolony za życia (dżiwanmukta) i oddał się swoim uczniom na wieczną ikonę doskonałości. Jezus przyciągał tłumy mocą swej Prawdy i namawiał, by wszyscy czynili tak jak on. Powołał uczniów. Jeśli Mnie miłujecie, będziecie zachowywać moje przykazania Ewangelia wg św. Jana, 14, 15

Każdy wielki nauczyciel ma moc powoływania uczniów. Ma Ananda Mayi, Ma Amritananda Mayi powołały uczniów podobnie jak żyjący w XIX wieku mistyk bengalski Ramakrishna, który oddał się swoim uczniom i był dla nich wzorem wszelkich cnót.

Jezus rozumiał potrzebę darśany, widzenia, zobaczenia wielkiej osoby na własne oczy. Dlatego wciąż przebywał wśród ludzi, pokazywał się w wioskach i na targowiskach, na placach pod świątynią i na gościńcach, uczył każdego wprost, bezpośrednio, odpowiadał na każde zadane pytanie. Trudne filozoficzne prawdy objaśniał stosując formę przypowieści. Ważna była serdeczna rozmowa i to, że każdy mógł go jak brata dotknąć, trzymać za rękę, przytrzymać rąbek szaty, przylgnąć policzkiem do sukni, usiąść u jego stóp, spojrzeć mu w oczy. Kobiety również mogły w ten sposób okazywać mu swoją miłość i przywiązanie. Przykazanie nowe daję Wam, abyście się wzajemnie miłowali tak, jak Ja was umiłowałem (…) po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali Ewangelia wg św. Jana, 13,34-35

Bywał w domach ludzi biednych. Jego nauczanie było nowe, bo kierowało uwagę na drugiego człowieka, mniej na Boga. Podczas gdy uczeni w Piśmie określali powinności człowieka względem Boga, a bramini wyznaczali, jakie ofiary człowiek winien bogom składać, Jezus nakreślił powinności człowieka względem drugiego człowieka. Nowe Prawo to było współczucie dla innych, szacunek i miłość dla bliźniego i dla siebie samego, wstrzemięźliwość w używaniu dóbr, wspomaganie innych: ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni Ewangelia wg św. Mateusza, 5,18

Podczas siedemnastoletniej nieobecności w Palestynie, Jezus oddał się zapewne intensywnej praktyce jogi, asan i pranajamy, pod okiem jakiegoś wybitnego jogina i oczyścił (przepalił) wszystkie siedem czakr, ośrodków energii. Na szczycie głowy rozwinął kwiat lotosu o tysiącu płatków, czystą boską świadomość, wyraźnie widoczną przez tych, którzy go kochali i byli na drodze duchowego rozwoju. Niektórzy być może otrzymali od Jezusa dar ujrzenia go jako dżiwanmuktę, wyzwolonego za życia. Pierwsi chrześcijanie przedstawiali go znacznie częściej z aureolą niż z koroną cierniową. Jan Chrzciciel, również oczyszczony ze złogów karmicznych, pierwszy dał świadectwo ujrzawszy Jezusa z aureolę, oznakę urzeczywistnionej boskości: Ujrzałem Ducha, który jak gołębica zstępował z nieba i spoczął na Nim (…) Ja to ujrzałem i daję świadectwo, że On jest Synem Bożym Ewangelia wg św.Jana, 1, 32-34

Jezus naraził się władzom politycznym, gdyż zbierające się wokół niego tłumy były niebezpieczne dla Rzymu. Został więc zatrzymany, osądzony przez Piłata i skazany na ukrzyżowanie. Dlaczego nie uciekł? Dlaczego nie podjął próby ucieczki tuż przed pojmaniem, choć bogaty Nikodem, jak wielu innych, gotowy był zapłacić każde pieniądze za jego uwolnienie?

Decyzja pozostania i przyjęcia śmierci płynęła z doskonale wolnej woli. W najwyższym akcie wolnej woli Jezus wziął na siebie karmę tych wszystkich, którzy uwierzyli w niego i w jego słowa. Poprzez nadludzkie cierpienie przepalił wszystkie złe uczynki (karmę) tych, którzy go umiłowali. Jezus idąc na krzyż nie chciał, by jego cierpienie „nie miało sensu”, chciał ulżyć innym: "Jam jest baranek boży, który gładzi grzechy świata. Gładził, to znaczy brał na siebie, odbierając cierpienie innym.

Niektórzy hinduscy święci biorą na siebie karmę swoich uczniów, tak jak zrobili to Ramakrishna i Ramana Maharishi.

Jest możliwe i całkiem prawdopodobne, że dzięki ćwiczeniu jogi i zdobytym mocom siddhi, Jezus przetrwał na krzyżu do czasu, gdy Józef z Arymatei zabrał jego ciało. Według trzech Ewangelistów, Mateusza, Marka i Łukasza, krzyż niósł go za niego Szymon z Cyreny, który wracał z pola, Jezus był więc w miarę wypoczęty. Wszyscy trzej podają dokładnie te same fakty: ukrzyżowano go o godzinie trzeciej, A gdy nadeszła godzina szósta, mrok ogarnął całą ziemię aż do godziny dziewiątej Marek, 15, 33 Mateusz i Marek podają, że ostatnie słowa Jezusa brzmiały: Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił, a Łukasz: Ojcze, w twoje ręce powierzam ducha mojego. Jezus oddał ducha w piątek wieczorem, tuż po godzinie dziewiątej. Cierpienie krzyża trwało sześć godzin. Nie jest niemożliwe, że Jezus nie przetrwał tej kaźni. Możliwe, że przetrwał. Według Mateusza, Marka i Łukasza, nie złamano mu goleni (żeby szybciej skonał). Mógł przetrwać.

Nauki Wschodu nie namawiają w zasadzie do cierpienia za drugiego człowieka, ani do poświęcania życia dla drugiego. Nawet matka nie musi poświęcać swojego życia za życie dziecka. Nie ma takiej idei, ani ideologii, która uzasadniałaby bohaterskie i męczeńskie oddanie życia za kogoś lub za coś. Idea poświęcenia i męczeństwa, tak droga kulturze Zachodu, jest zupełnie obca kulturze Wschodu. Życie ma wartość bezwzględnie najwyższą. To jest dharma, Prawo.

Możliwe, że Jezus nie był do końca pewny mocy swych siddhi i brał pod uwagę fakt, że nie przetrzyma kaźni i umrze na krzyżu, gdyby go nie zdjęto w odpowiednim momencie. Chciał poznać smak najwyższej ludzkiej goryczy — wszak człowiek człowiekowi zgotował los krzyża. Decyzja poddania się próbie nadludzkiego cierpienia, takiego jakie było udziałem jego braci złoczyńców i złodziei, było aktem współczucia i miarą jego boskości.

Kobiety odegrały najważniejszą rolę na Golgocie. Wśród ludzi, którzy szli za Jezusem na ukrzyżowanie, a potem mogli go uratować, było wiele kobiet. Było tam również wiele niewiast, które przypatrywały się z daleka. Szły one za Jezusem z Galilei i usługiwały Mu. Między nimi były: Maria Magdalena, Maria, matka Jakuba i Józefa Mateusz, 27, 55 Marek dodaje, że była tam także Salome I wiele innych, które razem z Nim przyszły do Jerozolimy Marek, 15, 41

Pod osłoną nocy znajomi natychmiast zaczęli działać. W piątek wieczorem, po zmierzchu, zaczynało się Przygotowanie do szabatu, podczas którego nikt nie mógł pracować. Ciało Jezusa należało natychmiast „pochować”, jeszcze w piątek. Wśród przyglądających się z daleka był Józef z Arymatei, który poprosił Piłata o możliwość zdjęcia ciała z krzyża. Ewangelia wg św. Jana podaje, że był tam również Nikodem. Józef miał na wzgórzu Golgoty, poniżej miejsca krzyżowania, świeżo wykuty grób w skale, w którym nikt jeszcze nie był pochowany. Wszystkim tym znajomym bardzo zależało, żeby Jezus jak najszybciej spoczął w grobie. Nikodem przyniósł sto funtów mieszaniny mirry i aloesu. Zabrali więc ciało Jezusa i obwiązali je w płótna razem z wonnościami. Przed wejściem do grobu, Józef zatoczył duży kamień, a Maria Magdalena i druga Maria pozostały tam naprzeciw grobu. Łukasz podaje, że niewiasty Obejrzały grób i w jaki sposób zostało złożone ciało Jezusa. Łukasz, 23, 55

Żadna Ewangelia nie podaje, co działo się w szabat. Ale jeśli kobiety były u grobu, to zostały tam przez cały szabat. Opatrzyły Jezusowi rany i przygotowały do odejścia. Mirra jest środkiem przeciwzapalnym, dezynfekującym i gojącym rany, a aloes wzmacnia organizm, ma właściwości bakteriobójcze i przeciwzapalne, przyspiesza proces gojenia ran i jest lekiem przeciwbólowym — Nikodem przyniósł sto funtów tych lekarstw. Po odejściu Jezusa, w grobie pozostały płótna, czyli bandaże.

Jezus pozwolił się uratować. Martyrologia nie była wartością samą w sobie i niczemu nie służyła. Najwyższą wartością było życie.

Maria Magdalena pierwsza zobaczyła, że grób był pusty. Zaraz potem wraz z Marią spotkały go niedaleko Golgoty i rozmawiały z nim: podeszły do Niego, objęły Go za nogi i oddały Mu pokłon Mateusz, 28, 9

Te kobiety nie miały żadnych wątpliwości, że to był Jezus.

Niepowodzenie Jezusa

Jezus sam mówił, że przekaz duchowy jest tak cenny jak perła. I mówił: Nie dawajcie psom tego, co święte, i nie rzucajcie swych pereł przed świnie, by ich nie podeptały nogami, i obróciwszy się, was nie poszarpały Ewangelia św. Mateusza, 7, 6

Według wschodnich, żelaznych zasad Mistrz czeka na indywidualnego ucznia, który do niego przychodzi. Sam nie wychodzi do tłumu. Tłum zdradza. Zawsze i wszędzie. Na tłumie nie można polegać. A lud stał i patrzył. Lud zachował się paskudnie i zdradził Jezusa, ale tak zachowuje się zawsze każdy tłum. Dramat Mistrza polega na tym, że nie może przedstawiać nauk ludziom bezimiennym. Nieprzygotowanym i niewiedzącym.

Jezus został odrzucony przez swój naród — mówią Mateusz, Marek i Łukasz. Ale być może nie umarł na krzyżu, uczniowie uratowali go, a on odpłynął nie wiadomo dokąd. Może do Indii? I został Samotnym Nauczycielem.

Błogosławieni ci, którzy uwierzyli.

Ci, którzy wierzą, że Jezus umarł na krzyżu, przestali, jak sądzę, grzeszyć, gdyż każdy grzech przysparza Mu nieludzkich cierpień. Którzy wierzą, że Chrystus zmartwychwstał i żyje w nas, rozpoczęli życie nowe i radują się, a także mają nadzieję na życie wieczne. Którzy wierzą, że był Nauczycielem i nauczał przestrzegania dharmy i miłości do sióstr i braci, ci spotykają Jezusa na drodze do Emaus.