sannjasin

wyrzeczeniec

Czwarty i ostatni etap życia pobożnego bramina, który po wypełnieniu swych obowiązków względem rodziny wycofuje się z życia doczesnego. Wyrzeka się świata zjawiskowego i wszelkiego w nim działania, by nie gromadzić karmy na przyszłe inkarnacje. Podejmuje życie pustelnika lub wędrownego ascety, oddając się wyłącznie urzeczywistnieniu brahmana w sobie. Medytuje, studiuje aranjaki i upaniszady, praktykuje jogę. Jego szafranowe szaty są widocznym znakiem wyrzeczenia. Dzisiaj już coraz mniej wyrzeczeńców chodzi po drogach Indii, raczej zamykają się w pustelniach i aszramach.

Cztery etapy życia pobożnego bramina:

brahmaczarja
studiowanie, czytanie świętych tekstów, wdrożenie w dyscyplinę;
garhastnja
założenie rodziny i szeroko pojęte życie społeczne;
wanaprastha
porzucenie rodziny (za jej zgodą) i spraw doczesnych;
sannjasa
życie pustelnika lub wędrownego ascety

Warto zauważyć, że te etapy odpowiadają mniej więcej czterem okresom biologicznym w życiu człowieka — dzieciństwu, młodości, życiu dojrzałemu i starości. Na Zachodzie starość pojmowana jest jako zasłużony odpoczynek po znojnym życiu i czas, w którym realizuje się na chybił trafił nie spełnione wcześniej marzenia i „dogania” to, co wcześniej uciekło. Dla niewielu starość jest dalszym etapem rozwoju duchowego lub właśnie szansą na rozpoczęcie życia poświęconego medytacji. Niewielu pragnie (i potrafi) godnie przygotować się do wielkiego rytuału przejścia (rite de passage).

W Indiach sannjasini nadal porzucają doczesność, by oddać się ćwiczeniom ducha. Praktyka starożytna, lecz wciąż żywa.

Podczas święta Kumbha Mela w 1998 roku spotkałam niezwykłych ludzi, wśród nich — Katja Babę Krisznadasa.

Rozmawialiśmy z nim podczas darśianu, jakiego udzielał hindusom siedząc — jak w dawnych Indiach — w pozycji jogina na skórze z tygrysa. Odpowiadał na pytania płynące z tłumu: nam mówił o polskich lekarzach, z którymi pracował w tej samej klinice w Kanadzie, zapytał o Solidarność, której tworzenia był dalekim świadkiem.

Na spotkanie przyjechali specjalnie dawni koledzy lekarze, by nakręcić o nim film dla telewizji i opowiedzieli nam o niezwykłych losach Katja Baby.

Studia medyczne ukończył w Indiach, a następnie w ramach wymiany między uczelniami, wyjechał do pracy w Kanadzie. Sprowadził żonę, założył rodzinę i osiadł na przeszło dwadzieścia lat. Dostał świetną posadę lekarza, miał dwóch synów, oddaną towarzyszkę życia, wszystkie luksusy cywilizacji i bardzo dobrą pensję.

Jako chirurg zyskał w krótkim czasie sławę znakomitego operatora, zwłaszcza na otwartym sercu. Wprowadził w szpitalu innowację o znaczeniu rewolucyjnym dla tamtejszego personelu, a mianowicie osobiście przygotowywał pacjentów do operacji serca. Nawiązywał z pacjentem szczególny kontakt, prosił o uporządkowanie wszystkich spraw doczesnych, wśród których najważniejsze było nie spisanie testamentu, lecz przebaczenie ludziom za doznane krzywdy i przebaczenie sobie za krzywdy uczynione innym, pogodzenie się z osobami nastawionymi nieprzychylnie i pożegnanie z najbliższymi. Nie było to działanie „na wszelki wypadek”, lecz Katja Baba uważał, iż przystąpienie do operacji z lekkim sercem, nie obciążonym starymi, zapieczonymi emocjami negatywnymi zmniejsza ryzyko samej operacji i gwarantuje lepszą rehabilitację.

Katja Baba porzucił świat w swoje pięćdziesiąte urodziny i zgodnie ze staroindyjską tradycją rozpoczął trzeci etap życia. Rozstał się z żoną za jej zgodą, zostawiając majątek i zabezpieczając materialnie do końca życia, a uzyskawszy również zgodę synów, opuścił Kanadę i wrócił do Indii.

Zgoda rodziny jest bardzo ważna i nie wolno odejść wbrew rodzinie, żeby w psychice nie narastał tumult poczucia winy, przeszkadzający w medytacji.

Katja Baba rozpoczął czas wanaprasthy, porzucenia i dokładnego zamknięcia spraw doczesnych dla przygotowania się do najwyższej ascezy poprzez studiowanie świętych tekstów. Kiedy nadszedł czas sannjasy, wybrał dla siebie bardzo trudną drogę — życie ascety odłamu katja. Zamieszkał w Himalajach, w grocie na wysokości trzech tysięcy metrów i pod okiem swego nauczyciela praktykował specyficzne techniki ascetyczne. Zgodnie z tą drogą założył na biodra drewnianą obręcz, by nie zapadać w sen i by całą uwagę świadomości kierować ku rzeczom ostatecznym. Kiedy go poznaliśmy, spędził w ascezie przeszło dziewięć lat i nie zamierzał jej porzucać.

W rozmowie z nami wszystkimi okazał niezwykłą uprzejmość i troskliwość wobec zwykłych, banalnych spraw. Był mędrcem, nauczycielem, joginem i filozofem przypominającym — ze względu na mały perkaty nos i lekko zezujące spojrzenie — Sokratesa. Miał tylko inny strój — siedział na tygrysiej skórze całkiem nagi, z drewnianą obręczą i przepaską na biodrach. Długie rozmierzwione srebrne włosy i roześmiane płomienne oczy nadawały jego twarzy ton jasnej rozwagi. Odpowiadał na pytania dowcipnie, rzeczowo i z namysłem. Widać było, że ma ze światem zwykły, normalny kontakt i w niczym nie przypominał niektórych umartwiających się nieszczęśników. Na jego twarzy malowała się radość, owa szczególna radość duchowa charakteryzująca tylko osoby dążące do autentycznego wyzwolenia.

Jego obraz pozostał w mej pamięci jako archetyp indyjskiego mędrca.