pańczajat

rada pięciu

Pańczajaty i dżati (przez nas zwane „kastami”) sprawują w Indiach władzę lokalną i to właśnie te dwie formy organizacji społecznej uchroniły kraje indyjskie przed totalitaryzmem i despotyzmem oraz przed nadmierną władzą dawnych książąt lokalnych. Nigdy nie było tam władców absolutnych, nie pojawiła się nawet idea absolutyzmu oświeconego.

Jednocześnie Indie nigdy wcześniej nie były jednolitym państwem, a mieszkańcy nie byli patriotami, gdyż idea patriotyzmu pozostała obca. Ani książęta, ani wieśniacy nie utożsamiali indyjskiej cywilizacji z ideą państwowości. Indie zawsze były konglomeracją wspólnot różnych dżati, organizujących się samodzielnie i zarządzanych przez pańczajaty, mozaiką małych republik funkcjonujących na podobieństwo miast greckich. Zamieszkujące je społeczności tworzyły przysłowiowy groch z kapustą, wielobarwną układankę, galerię osobliwych rozmaitości społecznych, religijnych, kultowych, plemiennych i każdych innych, a demokracja była obecna bardziej na dole, niż na górze (gdzie możni i wpływowi zawsze bili się o dostęp do pieniędzy płynących z podatków) i oznaczała dogadanie się, porozumienie na zasadach wzajemnego nieprzeszkadzania sobie.

Indie to nie Naród-Państwo, lecz demokracja oddolnych samorządów terytorialnych i rad miejskich.

Najważniejsze były i są wioski i ich nieustępliwa wiejska autonomia, około 80% ludności Indii żyje w 500 000 wiosek. Organem zarządzającym jest w nich pańczajat, rada złożona z pięciu „starszych”, kierowana przez naczelnika, decydująca o wszystkich sprawach lokalnych. Jest to bardzo stara, istniejąca od stuleci forma zarządzania. Mahatma Gandhi nazywał ją anarchią zharmonizowaną i anarchią samokontrolującą się.

Pańczajaty tradycyjne istnieją do dziś, wciąż sprawnie działając zwłaszcza na południu Indii, ale obok nich tworzą się pańczajaty ustanawiane przez nowoczesne prawo i te są często korumpowane przez partyjny system zarządzania, głównie w wielkich miastach.

Wioska Veerampatinam koło Pondicherry jest zarządzana przez pańczajat tradycyjny; jest to przykład jedyny w swoim rodzaju, nie świadczący o tym, że wszystkie rady działają tak samo lub nawet podobnie. Wręcz odwrotnie, jak podkreśla Guy Sorman (Le genie de l'Inde), każdy działa zupełnie inaczej, zgodnie z tradycją lokalną.

Tutaj obrady pańczajatu rozpoczynają się o 9:00 rano w każdą niedzielę, która jest dniem ustawowo wolnym od pracy, ale nie świątecznym. Uczestniczy w nich 25 osób, sami mężczyźni, siedzący każdy na swojej macie, które są ułożone demokratycznie w półokrąg. Konstytucja nakazuje udział kobiet i przedstawicieli niskich kast, ale to zalecenie pozostaje wciąż na papierku.

Członkowie rady są wybierani przez wszystkich mieszkańców wioski, w tym pariasów, na jeden rok, bez możliwości powtórzenia mandatu w kolejnym roku. W ten sposób wielu mieszkańców wioski zasiada w radzie raz w życiu. Spośród siebie wybierają oni zarząd składający się z pięciu osób — naczelnika, jego dwóch zastępców, sekretarza i skarbnika, debatujących nad sprawami zapowiedzianymi i ogłoszonymi pisemnie na tablicy ogłoszeń tydzień wcześniej.

Decyzje rządu w Delhi nie mają tutaj racji bytu, a widziana z tej perspektywy wielka polityka, szarpana ideologią różnych partii politycznych i grą interesów, nie ma wpływu kompletnie na nic. Wieśniacy nie ufają ani politykom, ani rządowi centralnemu. Nieufność wobec instytucji państwa jest zresztą od wieków głęboko zakorzeniona w indyjskiej umysłowości. We wszystkich sprawach trzeba umieć dawać sobie radę na dole, na poziomie samorządności lokalnej.

Mieszkańcy całej wioski są obecni podczas obrad pańczajatu i choć uczestniczą tylko pasywnie, to sprawują kontrolę społeczną nad wszystkim, co się dzieje. Obrady mają uroczysty charakter, przypominają bardziej wokandę sądową niż obrady starostwa. Decyzje nie są podejmowane drogą głosowania, lecz każdy wysłuchuje argumentów drugiego i dochodzi do consensusu, którego wypracowanie trwa niekiedy kilka godzin. Następnie zostaje ogłoszona sentencja. Wioska stoi na straży wykonania decyzji podjętej przez pańczajat. Kto nie usłucha jest skazany na wyrzucenie z wioski, swego rodzaju śmierć publiczną.

Politycznym hasłem współczesnych Indii jest jedność w różnorodności. Różnorodność wiosek wypracowała przez wieki dyscyplinę współistnienia, współpracy i więcej niż tolerancję, a mianowicie pełną akceptację wszystkich możliwych sposobów życia, wszystkich możliwych religijnych zachowań, pod warunkiem, że nie przeszkadzają one innym.

Szkoda, że we wspólnej Europie chcemy ujednolicać, zamiast różnicować i akceptować jednocześnie wszelkie inności.

Nota bene, zróżnicowanie religijne pozwala ubogacić ideę nowoczesnego państwa, a nie zubożyć.

zobacz także: