linga

linga, lingam, Śiwa-linga
znak, fallus, symbol boskości
joni-linga

Linga to znak rozpoznawczy Bytu Najwyższego, który ten świat stworzył. Cały świat jest widocznym znakiem i Stwórcy, i Stworzenia. Śiwa-linga to całość życia.

To symbol najwyższej zasady — nieustannego tworzenia się świata, odnawiania wszelkich form życia, połączenia pary przeciwieństw w akcie kreacji, gdzie linga jest dający, a joni — otrzymująca.

Energia męska jest z zasady swej koncentrująca się, dążąca do wyładowania, do eksplozji, dlatego linga jest zawsze w erekcji, a energia — gotowa do wytrysku. Energia żeńska jest z zasady swej obejmująca, przyjmująca i przetwarzająca, dlatego joni jest zawsze nabrzmiała i otwarta.

Harmonia świata to napięcie między dwoma przeciwnymi biegunami i przeskok życiodajnej iskry.

Kulty falliczne w religiach hindu nie koncentrują się bynajmniej na samym popędzie rozrodczym, ani nie mają na celu zapewnienia czy utrzymania płodności (która utrzymuje się sama z siebie, siłą własnego popędu), lecz mają za zadanie uświadomienie człowiekowi jego własnej siły i mocy stwórczej, występującej pod postacią energii zwanej siakti, której znakiem jest joni.

Freud nazwał tę energię libido. Odkrył dla Europy to (o czym na Wschodzie wiedziano od co najmniej czterech tysięcy lat), że energia popędu seksualnego jest ogromną, nieuświadomioną siłą kierującą zachowaniem człowieka. Jung odrzucił freudowski panseksualizm, uważając go za zbyt „prymitywny” wobec wyższego, jak mniemał, „poziomu rozwoju” naszych europejskich społeczeństw i ułagodziwszy go, nazwał tę siłę pierwotną, niezróżnicowaną energią życiową. Jednak wbrew temu odkryciu niewiele zrobiliśmy do dziś w Europie, by tę siłę czy energię życiową poznać, ujarzmić i przede wszystkim z niej skorzystać! Nadal nasze ciało jest fortecą, niedostępnym obszarem zamkniętym na dotyk drugiego człowieka, któremu obce jest nasączanie wonnymi olejkami i zwykłe codzienne normalne masaże stóp, kręgosłupa, dłoni, głowy, uszu, piersi, pośladków… Obca jest celebracja i radość wynikająca z posiadania ciała, nieosiągalna — różowa, pachnąca młoda skóra. Ciało jest świątynią i domaga się rytuału. Ale choć nasze fobie, pragnienia i doznania kłębią się pod skórą spinając wszystkie mięśnie, to dotyk traktuje się jak natręctwo lub wręcz atak.

Rozwój intelektualny ściśle wiąże się z rozwojem seksualnym, a brak rozwiniętego erotyzmu, objawia się brakiem myśli twórczej i zmysłu artystycznego, gdyż moc umysłu rozwija się równolegle do mocy potencjału biologicznego. Chłopcy od najmłodszych lat muszą sprawdzać swój lingam, a zwłaszcza jego moc wzrastania, upewniając się w ten sposób, że i ciało, i umysł rozwijają się prawidłowo. Mężczyzna jest w Indiach nazywany linga-dhara, ten, który nosi lingę , ten, który jest w jego służbie. Organy seksualne pozwalają stworzyć nowego człowieka, ale i dostąpić boskiej przyjemności, to dzięki nim odczuwamy erotyczną rozkosz. To nie w mózgu odczuwamy tę subtelną energię życia, lecz poprzez lingę i joni. W akcie seksualnym jesteśmy jak w świątyni. Im więcej błogostanu w ciele, tym większa rozkosz dla duszy. Ciało jest świątynią duszy.

W Indiach erotyzm panoszy się na ulicy, pod słońcem, pod powieką, w zakamarkach pachnącego oliwką ciała, w oczach dziecka i dojrzałej kobiety, w kołysaniu bioder mężczyzny. Lingam wsparty na joni nieustannie przypomina o sile kierującej zachowaniem człowieka, a siła ta jest wciąż i wciąż uświadamiana. Panindyjski znak joni-lingi przypomina, że nad tą biologiczną siłą trzeba zapanować, gdyż człowiek nie może ulegać jej impulsom. Zgodnie z prastarą zasadą poznawania duszy człowieka, to co najgłębiej ukryte i najmniej poznawalne, musi być wciąż na nowo ujawniane i opisywane. Powiedzielibyśmy — musi sterczeć, nabrzmiałe do poznania.

Religie dogmatyczne narzuciły absurdalną konwencję społeczno-moralną, zakazującą interesowania się tym, co człowiekowi najbliższe — jego ciałem i organami przyjemności. Zapomnieliśmy, że celem religii, podobnie jak nauki, jest poznanie samego siebie, a nie zakazy i nakazy zachowań. W tych religiach boskość została sprowadzona tylko do jednej — choć boskiej — osoby, ograniczona do płci męskiej, jakiegoś dowódcy plemiennego, prowadzącego wybrane plemię do zwycięstwa. W Indiach boskość jest wszechobecna, nie tylko w całej Przyrodzie, a w samej naturze człowieka i w joni-lingamie. Poprzez dotykanie lingamu i joni, dotykamy najświętszej tajemnicy — zasady Stworzenia. U większości zdrowych ludzi, mężczyzn i kobiet, co najmniej raz w życiu dochodzi do spontanicznego orgazmu, cielesnej rozkoszy „nie z tej ziemi”. Te chwile są zazwyczaj blokowane, wyrzucane z pamięci, odbierane jako wstydliwe i tłumione — u nas robi się wszystko, by więcej nie powtórzyły się. Europejczykom wydaje się, że naszym najbliższym przyjacielem jest umysł (zimny, oceniający, dogmatyczny), gdy tymczasem jedynym prawdziwym kochankiem naszej jaźni jest (miękki i ciepły) organ seksualny. Kiedy ćwiczenia jogi mówią o odczuwaniu ciała i byciu w ciele („wejście w ciało”), to chodzi o subtelne poznanie energii kundalini, która jest samym ekstraktem życia. Boska rozkosz towarzyszy każdej prawdziwej twórczości.

Kosmologia indyjska mówi o trójistotowej naturze świata — bezruch sprawczej idei nazywa Śiwą, energię wykonania i spełnienia nazywa — Śiakti, natomiast relację między nimi, związek dwóch przeciwstawnych i przeplatających się form, nazywa anandą, rozkoszą. Rozkosz jest boskim stanem transcendencji i jest tożsama z czystą radością istnienia. W akcie rozkoszy zapominamy o sobie, obowiązkach i całym bożym świecie — to jest właśnie owa sekunda nirwany, wyzwolenia, roztopienia się w boskości. Prokreacja nie ma nic wspólnego z tym stanem. Dziecko może być owocem miłosnego zespolenia, ale nie jego przyczyną. Przynosząca szczęście boska para, tak często przedstawiana w świątyni nie jest żadnym symbolem płodności, lecz symbolem erotyzmu. Śiwa i Parwati nie mają wspólnych dzieci, Skanda, bóg piękna jeżdżący na pawiu jest synkiem Śiwy, a Ganeśa, bóg roztropności siedzący na szczurku, synkiem bogini Parwati. Wbrew temu, co sądzili pierwsi badający Indie etnolodzy, płodność nie jest panindyjskim konceptem. Jest nim erotyzm.

Rozkosz, dreszcz energii płynący po kręgosłupie jest istotą tego, co istnieje. Śiwa i Siakti splatają się w wiecznym uścisku, pląsając w kosmicznym tańcu zespalającym przeciwieństwa i utrzymującym świat w ruchu. Gdyby przestali tańczyć, świat zamarłby w bezruchu, w ikonie śmierci. Według Hindusów wszechświat nie jest materią, lecz energią, a energia to nic innego jak boska myśl. Substancją tej myśli, a więc materii, jest radość-zmysłowość. Według Hindusów z dawnych Indii, człowiek powinien spełnić się w trzech domenach życia: wypełniając obowiązki swego jestestwa — dharma, wzbogacając się materialnie i zdobywając zaszczyty — artha oraz doznając cielesnych przyjemności — kama. Rozkosz jest wiecznym stanem boskim, a udział człowieka w rozkoszy — momentem wybranym, wyjątkowym. Zmysłowa przyjemność — aktu seksualnego lub aktu twórczego — pozwala nam dotknąć boskiej natury świata. Doświadczenie to, przez wielu artystów uważane przecież za „boskie”, daje radość życia i ufność do świata.

Lingam osadzony na joni jest w Indiach znakiem wszechobecnym — pozwala dzieciom zrozumieć od najmłodszych lat potęgę erotycznej siły, która porusza świat. Widoczny i odczuwalny jest wśród Indusów brak katastrofalnego w skutkach tłumienia i wyparcia „tych rzeczy” (angielski purytanizm wziął górę tylko w niektórych kręgach społecznych, jak środowisko braminów i nuworyszy). Dziecko nie jest wyizolowane od seksualnych aspektów życia, buduje się wokół niego dyskretną wstydliwość, ale nie stawia murów zakłamania i nieobecności tematu. Dotykanie lingamu przez chłopczyków, a joni przez dziewczynki nie wzbudza niczyjego (niezdrowego) zdziwienia, ot, każdy musi siebie dogłębnie poznać…

Wszechobecny znak joni-lingi wskazuje, że Eros jest realnie istniejącą rzeczywistością, namacalną siłą, z którą człowiek musi się liczyć, ale lepiej, by umiał ją okiełznać i skierować ku swej boskiej chwale. W każdej świątyni dziecko może zobaczyć to, co najtrudniejsze do uchwycenia — namiętność życia przedstawioną w zespolonej w uścisku parze boga i bogini. W dawnych Indiach dzieci studiowały Kamasutrę od dwunastego roku życia, dzisiaj — starsi bracia i kuzyni umiejętnie wprowadzają w arkana wiedzy cielesnego jestestwa. Nie przedłuża się tam sztucznie w nieskończoność okresu dziecięctwa, dzieci pracują i zajmują się młodszym rodzeństwem i osobami starszymi, podchodzą do życia poważnie, bez kompleksów i frustracji, świadomi odpowiedzialności, bez nienawiści do świata ludzi dorosłych, z którego nigdy nie są wykluczani. Purytańskie niedomówienia „w tych sprawach” i trzymanie dzieci (a zwłaszcza mężczyzn) w permanentnym dziecięctwie zablokowało w Europie energię Erosu i młodości. Europa zaludniła się zdziecinniałymi starcami, którzy nigdy nie byli młodzi i których lingam ani już drgnie na widok apetycznej kobiety. Europa zaludniła się starszymi paniami o wyglądzie laleczki Barbie, których joni nie zwilża widok ponętnego mężczyzny. Zabroniliśmy sobie tych rozkoszy, a przecież wciąż zachwycamy się tym, że Romeo miał zaledwie piętnaście lat, gdy kochał się z trzynastoletnią Julią…

Przyjemność jest w Indiach całkowicie oddzielona od naszego pojęcia miłości. Kochanie nie jest warunkiem sine qua non aktu seksualnego, gdyż zaspokojenie głodu erotycznego jest dokładnie tym samym, co zaspokojenie głodu żołądka i pragnienia ust. Potrzeba rozkoszy jest jedną z podstawowych potrzeb człowieka, a jej niezaspokojenie prowadzi do takich czy innych, bardziej lub mniej widocznych, zaburzeń psychicznych, a na pewno do dyskomfortu psychicznego.

Przysłowiowy erotyzm indyjskich kobiet nie bierze się tylko z faktu noszenia wdzięcznego sari, jest raczej odwrotnie — umiejętność wyeksponowania kobiecej sylwetki jest sednem erotycznej gry. Kołysanie bioder nie wyróżnia kobiet, mężczyźni równie cudownie kołyszą biodrami — widomy znak erotycznego zdrowia.

Nigdzie indziej w świecie nie spotkałam aż tylu mężczyzn posiadających tak niezwykły wdzięk i urok osobisty. Flirt (o którym Europa zupełnie już zapomniała), to niewinne zainteresowanie drugą płcią, kokietowanie i umiejętność odbioru przepływu przeciwnej energii, dającej uzupełnienie i zastrzyk dobrego humoru. W Indiach nikt nie wstydzi się ani swojego seksu, ani swej seksualności, dlatego mogę tak niewinnie flirtować z każdym Indusem, swobodnie dawać i bez żenady odbierać erokwanty. W Europie, większość mężczyzn i kobiet nie ma najmniejszego pojęcia o grze wymiany energii i o erotycznym promieniowaniu oczu, ust i całego ciała.

(opracowane na podstawie znakomitego dzieła francuskiego badacza i miłośnika Indii, Alain Danielou Yoga, Kama, le corps est un temple, Kailash Editions 2005).