maharadżowie

Wszystko co łączy się z tytułem maharadży należy dziś do sfery mitu i ludowej imaginacji, ale należy pamiętać, że jest to mit pospołu angielski i nierozerwalnie związany z panowaniem Brytyjczyków na subkontynencie indyjskim, którzy o swojej władzy mówili zresztą Radż brytyjski. Tak więc bogactwa maharadżów niewątpliwie powstały dzięki ekonomicznej polityce najeźdźców, którzy wprowadzili nowe sposoby zarabiania pieniędzy, rozbuchali potrzeby i pożądali egzotyki, by z niej bez żenady korzystać. Ekscentryczne przyjęcia, widowiska i polowania w oprawie monarszej, wizyty księcia Walii i jego świty oraz innych dostojników Korony były na porządku dziennym. Angielska arystokracja zabiegała o uczestnictwo w każdej ekstrawagancji, nierzadko fałszując i podrabiając nazwiska na zaproszeniach.

Już dawno przepadła pamięć o latach świetności dawnych potężnych dynastii indyjskich, takich jak Czalukja, Maurya, Gupta, Czola, Pandawa czy Hojsala, kiedy w 1527 roku do Indii wkroczyły kohorty ludów turecko-mogolskich, których dowódcy wojskowi utworzyli samozwańczą dynastię Wielkich Mogołów. Za ich panowania nastąpił ostateczny upadek niezależności wielu średniowiecznych, a nawet starożytnych, lokalnych formacji społecznych. Jeśli maharadżom i sułtanom udawało się zachować państwowość, to tylko kosztem daleko idącej współpracy (państewka radżpuckie) lub konieczności płacenia różnego typu danin i haraczy (Golkonda, Bidżapur). Najeźdźcy przejęli silny Sułtanat Delhijski, istniejący od 1210 do roku 1626, kiedy to zmarł ostatni, sprzymierzony z Mogołami sułtan. Zajęli Indie północne, ale praktycznie nigdy na trwałe nie zdobyli całego Dekanu, ani zwłaszcza południa, gdzie przetrwały stare formacje. W 1489 roku muzułmańskie państwo Bahmanidów rozpadło się na pięć silnych sułtanatów: Bidar, Ahmednagar i Berar, Bidżapur, Golkonda (późniejszy Hajdarabad) i Ahmedabad. Widżajanagar, jedno z największych hinduskich królestw, założone w 1336 przez Hariharę i Bukkę kontrolowało całe Indie południowe i Wybrzeże Malabarskie. Jej upadek stał się faktem po słynnej bitwie pod Talikot w 1566 roku, kiedy konfederacja pięciu sułtanatów Dekanu splądrowała i zrównała z ziemią Hampi, bajkową stolicę Widżajanagaru. Wtedy urosło do wielkości potęgi państwo Majsur. W Kerali przez cały okres panowania Wielkich Mogołów trzymały się dzielnie miniaturowe księstwa hinduskie. W centralnych Indiach podnieśli się Marathowie, budując od XVI wieku nowoczesne państwo, które swym zasięgiem o mało co nie objęło w XVIII wieku całego subkontynentu.

Kiedy w 1707 roku zmarł Aurangzeb, imperium nie rozpadło się w ciągu jednego dnia, a Indie nie pogrążyły się w anarchii. Władza cesarska stopniowo przechodziła w ręce lokalnych możnowładców, sprawnych administratorów czy miejscowej szlachty, a często też — poborców podatkowych. Na gruzach cesarstwa, ale czerpiąc soki z pradawnych korzeni wyrosły jak grzyby po deszczu nowe, niezależne formacje polityczne pod wodzą silnych jednostek i sprawnej arystokracji lokalnej (Baroda, Gwalior, Indore, Hajdarabad). Wspaniale odrodziły się i niebawem rozkwitły pradawne malownicze księstwa hinduskie w Radżputanie pod panowaniem ranów, radżów i maharadżów, odnowiło się państwo Majsur rządzone przez Wadijarów, a następnie trzymane silną ręką Hajdara Ali i Sułtana Tipu (1759-99), Bengal pod zarządem bajecznie bogatych nababów, dawnych urzędników mogolskich. Na tych silnych, utworzonych przez Indusów państwach, miał wkrótce oprzeć swą władzę nowy najeźdźca-kolonizator, Radż brytyjski.

Tymczasem na początku XVIII wieku w niektórych regionach kontynentu zaczęła już działać i panoszyć się bez ograniczeń Kompania Wschodnioindyjska, która w połowie XVIII wieku nabyła pierwsze posiadłości w Bengalu i w okolicach Madrasu. Zawierała porozumienia z miejscowymi elitami wykorzystując siłę militarną, naciski gospodarcze, lisią politykę i podstępne intrygi, a przede wszystkim słynną rzymską zasadę dziel i rządź, nie pozostawiając żadnych szans dla normalnego funkcjonowania większości państewek. Równie słynna polityka impeachment, postawienie w stan oskarżenia z błahego powodu, wprowadzona przez Warrena Hastingsa, zezwalała na trzymanie żołnierzy na terenie dóbr maharadży i bezpośrednią kontrolę nad wszystkimi jego przedsięwzięciami. Anglicy, a potem imperium, zawsze po mistrzowsku wykorzystywali wszystkie stare napięcia zrodzone z wcześniejszych konfliktów między hindusami i muzułmanami aż do rewolty sipajów włącznie, podkreślając różnice, rozdrapując stare rany, a utrzymanie naturalnego rozdźwięku między tymi dwoma religiami pozwalało im na rozgrywanie konkretnych gier i rozgrywek politycznych.

Czasy między upadkiem cesarstwa Wielkich Mogołów a wprowadzeniem demokratycznej Federacji Indyjskiej dzielą się na dwa okresy:

— lata 1707-1857 to odradzanie hinduskich i muzułmańskich rodzimych formacji państwowych bez impetu totalitarnej władzy centralnej, ale z uzdą i ostrogą Kompanii Wschodnioindyjskiej, pogardliwie traktującej hinduskie tradycje, a zwłaszcza władców (150 lat);

— lata 1857-1947 od rewolty Sipajów, które doprowadza do kryzysu władzy i przejęcia zwierzchnictwa nad Indiami przez koronę brytyjską i likwidacji Kompanii Wschodnioindyjskiej aż do Indii demokratycznych. Radż brytyjski trwa formalnie do 1947 roku (90 lat), lecz po I wojnie światowej but okupanta naciska zdecydowanie słabiej, co pozwala wzmocnić ruchy narodowowyzwoleńcze, uruchomić własne kapitały i prowadzić inwestycje narodowe.

Podczas Radżu brytyjskiego maharadżowie stanowili bufor między nieograniczoną władzą urzędników angielskich, a wyzyskiwaną ludnością miejscową. Za czasów pierwszych lat demokracji byli zaś kołami ratunkowymi w trudnym procesie przemian i wymiany władzy. Dziś natomiast nie są reliktem Indii, lecz gwarantem trwałości hinduskiej tradycji.

Inne źródła mówią o 2/5 terytorium Indii, a we wszystkich możliwych znanych mi źródłach liczba podanych państewek jest zawsze inna — waha się między 500 a 700.

Do 14 sierpnia 1947 roku mniej lub bardziej samodzielni książęta indyjscy sprawowali władzę nad 1/3 terytorium Indii, mając pod swoim zarządem około 100 milionów dusz mieszkających w 565 Princely States of India, Etats princiers des Indes, Stanach Książęcych Indii, z których niektóre były tak wielkie jak Francja czy Włochy (Hajdarabad, Jammu & Kaszmir), czy jak Belgia i Holandia razem wzięte (Dżajpur), a inne tak maleńkie jak Andora czy Liechtenstein (Bhaktapur, Orczia). W 1947 roku Stany Książęce, de facto ich władcy, wchodzili do Federacji Indyjskiej dobrowolnie i pozostawiono im wybór czy chcą przynależeć do Federacji Indyjskiej czy do Pakistanu, nie pozostawiono natomiast wyboru kontynuacji suwerenności.

14 sierpnia 1947 roku o północy maharadżowie utracili rzeczywistą władzę w swych stanach książęcych. Konstytucja z roku 1951, opracowana przez największe umysły prawne epoki, pozostawiła władcom tytuły oraz ustaliła pieczołowicie tak zwaną listę książąt, według której rząd indyjski zobowiązał się wypłacać honoraria dawnym władcom w zamian za przejęcie przez państwo ich dóbr. W grudniu 1970 roku, trwająca dwa dni debata w Parlamencie zniosła artykuły 291 i 362 Konstytucji dotyczące tytułów maharadżów i listy książąt (de facto zmiany te wprowadzono w życie dopiero w 1972 roku). Premierem Indii była w tym czasie Indira Gandhi, która swym osobistym autorytetem przeforsowała owo zniesienie tytułów i listy książąt. Od tego momentu zdecydowana większość maharadżów nie miała za co żyć. Pierwsi przemienili swe pałace w luksusowe hotele — władcy Kaszmiru, Dżajpuru i Udajpuru. Za nimi poszli inni.

Raja to król (z języka indoeuropejskiego, fr. roi, hiszp. roy). W dawnych Indiach rodzimi władcy posługiwali się tytułem raja, a gdy król okazywał się wybitny nazywano go rajaraja (król królów). Maharaja to wielki król współpracujący z lokalnymi pomniejszymi władcami, rajami, na zasadzie współzależności lenno-feudalnej. W języku polskim utrwaliła się forma maharadża i maharani. Niektórzy władcy hinduscy używali innych tytułów, jak maharana = wielki książę, maharawal = wielki zarządca, maharao (wielki król w języku marackim), mahatar i wiele innych. W Indiach środkowych i południowych używano tytułu varman, np. Yasovarman z dynastii Czandela (podobnie jak władcy w imperium Khmerów w Kambodży). Władcy muzułmańscy nazywali siebie nabab = poborca podatkowy, zarządca oraz khan = wódz, mir, żony nosiły tytuł begam. Władcy Hajdarabadu, potężnego państwa w południowych Indiach, nazywali siebie wyjątkowo nizam, po arabsku administrator; tamtejsza dynastia ugruntowała się i przyjęła ten tytuł w 1724 roku. Władcy sikhijscy i niektórzy radżpuccy używali natomiast tytułu singh = lew.

Dynastie osiemnastowieczne powstały najczęściej w wyniku przewrotu pałacowego i pochodzą od dowódców armii obsługujących słabych władców, jak dynastia Hajdarabadu, rody Gaekwarów z Barody, Scindiów z Gwalior, Holkarów z Indore. Państwo Benares rozkwitło, jak zawsze dzięki swej lokacji nad rzeką Gangą i wysokim podatkom z handlu i pielgrzymek. Niektórym starożytnym dynastiom radżpuckim udało się wspaniale odbudować swoje państwa — Dżajpur, Udajpur czy Majsur, ale po 1857 roku władzę w Indiach, drogą energicznej kolonizacji, dyplomacji oraz zwykłego podboju lub schedy po Kompanii Wschodnioindyjskiej, skutecznie przejęła Wielka Brytania. Setki książąt indyjskich podpisywało traktaty, przekazując swoje państewka pod protekcję, czyli dominację angielskiego imperium. Wielu maharadżów stało się władcami jedynie dzięki wsparciu Anglików — podpisywali tak zwane traktaty pokojowe, alianse i pakty przyjaźni, zwane dosti London. Niektórzy radżowie nigdy się nie ugięli, o wielu zupełnie zapomniano, a jeszcze inni byli na indyjskiej szachownicy tak marnymi pionkami, że nie warto było fatygować dyplomatów, gdyż stany książęce nie leżały na drodze interesów twórców imperium brytyjskiego. Anglicy nigdy nie byli władcami całych Indii, na indyjskiej mapie pozostało sporo miejsc, w których nigdy nie pojawił się żaden angielski kolonizator w słynnym kasku i na koniu, z czasem pojawili się natomiast angielscy miłośnicy, wielbiciele i koneserzy indyjskiej cywilizacji.

System zależności lennej wytworzył się w Indiach w wyniku wieloletniego paktowania — większość władców nie pochodziła bowiem z kraju, którym władała. Przychodzący z zewnątrz uzurpatorzy, jeśli chcieli stać się dobrymi administratorami i czerpać zyski z rzemiosła królowania, musieli układać się z gildiami kupców i wieśniaków, szefami starożytnych rodów i klanów (z tytułem dżagirdar, thakur lub talukdar) i chcąc nie chcąc poddać się istniejącym układom. Bagatelizowanie lokalnych tradycji i świąt, brak poszanowania istniejących układów sił wśród ludności miejscowej doprowadzały do upadku dynastii, a ludności tak naprawdę było obojętne kto rządzi, czyli komu płaci podatki. Władcy pochodzący z hinduskich klanów radżpuckich jak i rodzimi Marathowie, Dżatowie i Sikhowie, znakomicie wypełnili w XVIII wieku próżnię po zarządcach mogolskich. Kto tylko umiał zagarnąć władzę, ten ją zagarniał, a następcy stawali się bardziej lub mniej trwałą i udaną dynastią, której spadkobiercy niekiedy żyją po dziś dzień. Bardzo silna potrzeba społeczna odtworzenia starożytnej warny ksiatrijów sprawiła, że warstwa ta odrodziła się błyskawicznie, wspierana zresztą przez Anglików, którzy musieli się przecież na kimś oprzeć. Anglicy z Kompanii Wschodnioindyjskiej wspierali niemal każdego władcę terytorialnego w zamian za jego lojalność i, oczywiście, odpowiednie płatności oraz za utrzymywanie wojska najemnego, sipajów. Za Radżu brytyjskiego, wzmacniali dodatkowo poczucie bezpieczeństwa władców nadając im różne dziwaczne i nic nie znaczące tytuły i przywileje, komiczne herby, autorytatywnie określając, na przykład, ilość salw armatnich przynależnych tytułowi. Było to prześmiewcze i żenujące, ale Brytyjczycy świetnie się bawili. Izba Książąt (la Chambre des Princes) zorganizowana na podobieństwo Izby Lordów, broniąca interesów władców Indii i przywracająca im godność osobistą ukonstytuowała się dopiero w latach dwudziestych XX wieku.

Przez cały wiek XVIII i pierwszą połowę wieku XIX (1707-1857) ekonomiczny i gospodarczy rozwój stanów książęcych był krępowany przez Kompanię Wschodnioindyjską, która nie przeszkadzała jednak — co trzeba wyraźnie podkreślić — rozwojowi wolności wyznania wszystkich religii na subkontynencie. Po 180 latach okupacji mogolskiej i panoszenia się islamu, dławiącego wszelkie przejawy hinduskiej obyczajowości i religijności, nastąpił wielki wybuch uczuć religijnych i niczym nie skrępowany powrót do własnych korzeni. Wszyscy władcy indyjscy mają w tej rehinduizacji ogromny udział. Nawet sułtani, nababowie i nizam Hajdarabadu, pozostający w Indiach brytyjskich władcami jak najbardziej legalnymi, wspierali powrót do tradycji hindu, niejednokrotnie zapraszając hindusów do udziału w świętach islamu. Jedną z najbardziej charakterystycznych cech władców Indii było zawsze to, że nie mieszali się oni w sprawy lokalnych religii — często było tak, że ludność wyznawała islam, a władca — religię hindu (Kaszmir i Hari Singh), albo odwrotnie — ludność była hindu, a władca — muzułmaninem (Majsur i Sułtan Tipu, Hajdarabad i dynastia nizamów). W państwach zarządzanych przez władców hinduskich (Dżajpur, Indore, Gwalior) muzułmańskie święto Id było obchodzone tak samo hucznie jak Diwali i Holi, a w państwach zarządzanych przez władców muzułmańskich (Bhopal, Hajdarabad) wyznawcy Śiwy i Kriszny czuli się bezpiecznie. Każdy władca interesował się wszystkimi religiami w księstwie i starał się w ramach swych możliwości każdej z nich czynić stosowne darowizny wspierające poszczególne tradycje. Władcy radżpuccy oddawali wreszcie swobodny kult bogu Ramie, którego zresztą uważali mniej za boga ile za władcę idealnego, a nawet za swego protoplastę, dla wieśniaków odbudowali zaś świątynie poświęcone Krisznie, zrujnowane przez Mogołów. W Benares odbudowane wszystkie śiwaickie świątynie, zburzone z rozkazu Aurangzeba. W wielkich świątyniach tamilskich, które przetrwały nietknięte, bramini powrócili z całą pompą do tradycji drawidyjskich dzięki hojności władców. Działalność ta daleko wykraczała poza zwykły obowiązek czy poprawność polityczną, lub tak zwaną tolerancję religijną — władca-administrator autentycznie interesował się sprawami ludności, nad którą miał pieczę, a wyznań starych i nowych, religii odwiecznych jak Indie oraz nowych jak islam była tak niezliczona ilość, że i samemu władcy trudno się było w nich wyznać. Wraz z całą falą odnowy tradycji hinduskich, władcy starali się powracać do najstarszych rodzimych modeli, i tak na przykład w sprawach politycznych opierali się na traktacie Arthashastra, napisanym w IV wieku p.n.e. przez Kautilię, ministra króla Czandragupty Maurji. Nie ulega kwestii, że renesans religii i tradycji hinduskich w XVIII, XIX i XX wieku jak kraj długi i szeroki Indie zawdzięczają maharadżom.

Nad maharadżami górował wice-król Indii — pierwszym został generalny gubernator, dyrektor Kompanii Wschodnioindyjskiej w roku 1858, Charles Canning, a ostatnim był — Lord Mountbatten, prawnuk królowej Wiktorii, który doprowadził Indie do niepodległości. Wice-król współpracował z gubernatorami prowincji, których kolonizatorzy dobierali starannie spośród kandydatów rekrutowanych przez Indian Civil Service. Królowa Wiktoria została cesarzową Indii bynajmniej nie z powodu przejęcia się rolą władczyni nad dalekim subkontynentem lub samego faktu włączenia Indii do Korony Brytyjskiej. Otrzymała ten tytuł z zupełnie innego, bardzo europejskiego powodu: otóż Niemcy proklamowały w 1871 roku Cesarstwo Niemieckie i jej najstarsza córka, również Wiktoria, została cesarzową Niemiec jako żona cesarza Fryderyka III Hohenzollerna. Oznaczało to, że córka ma wyższy tytuł niż matka. Z tego powodu ukonstytuowano „Akt o tytułach królewskich” nadający Wiktorii tytuł cesarzowej Indii, który został jej wręczony przez premiera Wielkiej Brytanii, Benjamina Disraeli, powierzył on też królowej koronę cesarzowej Indii. Nie odbyła się z tego powodu żadna poważna uroczystość, gdyż królowa Wiktoria była pogrążona w żałobie po śmierci męża.

Kolonizatorzy podzielili stany książęce na trzy kategorie: 118 stanów mających prawo do jednej salwy, 117 — nie mających prawa do żadnej salwy i 327 wczesnych lokalnych formacji feudalno-plemiennych (tubylcze państewka), zarządzanych prawem dynastycznych sukcesji przez dżagirdarów, thakurów i talukdarów będących często ludźmi znacznie bardziej bogatymi i poważanymi niż niejeden maharadża, któremu służyli. Pięć wyróżnionych wielkich państw-filarów Radżu brytyjskiego mających prawo, podczas oficjalnych uroczystości dworskich, do dwudziestu jeden salw armatnich to Hajdarabad, Majsur, Baroda, Gwalior i Kaszmir, wśród których jedynym władcą pochodzenia radżpuckiego był Wadijar z Majsuru, lecz ani jeden książę wczesnośredniowiecznych rodów samej Radżputany nie został wyróżniony. Oprócz wyżej wymienionych, inne państwa zarządzane z wiekim kunsztem administracyjnym przez hinduskich władców to Travancore, Indore i Bikaner. Wszędzie na dworach indyjskich panowała mieszanka obyczajów hinduskich, mogolskich i, bardziej lub mniej, angielskich.

Są to uwagi ogólne. Historia każdego stanu książęcego ma swój własny osobliwy rozdział — wzloty i upadki, bogactwo i ubóstwo, wspaniałe budowle i nędzne chatki, zręczni i fatalni władcy, wszystko miesza się pospołu. Ale owe osobliwe historie mają wciąż wpływ na aktualną sytuację poszczególnych regionów Indii.

Cechy władcy

Jeszcze do lat 70. XX wieku, kiedy dzieci indyjskie słuchały bajek zaczynających się od słów Ek tha raja, był raz król, to znały tego króla z publicznych durbarów, widywały go na tarasie pałacu, wiwatowały na jego cześć, gdy odświętnie ubrany jechał na słoniu podczas religijnej procesji, słuchały opowieści ojców o darsianie u ukochanego króla-ojca. Gdy wystawiano regalia koronacyjne, były dumne, gdyż owe piękne przedmioty powstawały w warsztatach ich ojców. Rytuał koronacyjny przeprowadzano z wielką pompą, ale sam w sobie był on często nadzwyczaj prosty — nowy władca siadał na poduszce pośród swoich poddanych i nakładał na głowę turban swego ojca na znak kontynuacji linii rodowej i przejęcia po nim obowiązków. Władcy indyjscy żyli zawsze znacznie bliżej ludu niż w jakiejkolwiek innej stronie świata. Dbać o ziemie lenne znaczyło dla nich nie tylko wprowadzać reformy, lecz przede wszystkim budować świątynie i organizować święta. Ilość funduszy idących na te cele była niekiedy nieograniczona (Benares, Majsur, Dżajpur). Jednocześnie ludność wiejska posiadała praktycznie nieograniczoną wolność samostanowienia i była od niepamiętnych czasów tak dobrze zorganizowana w pańczajaty, że zarządcy, często nowo przybyli, musieli umieć tę ludność do siebie przekonać, wprowadzając jak najlepsze reformy administracyjne i taką organizację pracy, by okazała się wydajniejsza od poprzedniej. Tradycyjny podatek wiejski, zbierany regularnie przez poborców podatkowych nazywanych z perska diwan, wynosił 1/6 upraw (za czasów Wielkich Mogołów wynosił 1/3 upraw, za czasów angielskich rolnicy oddawali niemal wszystko ). Poza tym władcy ściągali podatki z wszelkiego rodzaju handlu i pielgrzymek, ale musieli za każdym razem dogadywać się co do ich wysokości z gildiami kupieckimi i z braminami.

Król był strażnikiem dharmy, chronił prawo tradycyjne, a obowiązek i powinności rodowe były dlań nie do przekroczenia, działał w szerokim sensie wszelkiej „prawości”. Traktat Arthashastra mówił: Pojedyncze koło nie może się obracać. Tak samo rządzenie nie może obywać się bez pomocy. Przeto król winien wyznaczyć doradców i słuchać ich rady. W żadnym z państewek indyjskich władca nigdy nie posiadł władzy absolutnej, a monarchia absolutna była niemożliwa do zrealizowania w kraju o niezliczonej ilości dżati, z których każda nieubłaganie pilnowała swych interesów. Dogadywanie się przedstawicieli różnej władzy było istotą rządzenia.

Obowiązkiem króla było służyć i zadowolić. Władcę nazywano annadata, żywiciel, dający bogactwo, a więc czuwający nad pomyślnością ludu. W starożytnych traktatach mówi się zresztą mniej o korzyściach, a zdecydowanie więcej o obowiązkach króla. Zwracano się do niego maa-baap, ojcze-matko, lub tylko bapu, bapa, bapji, ojcze. Niemal wszędzie istniał zwyczaj codziennych durbarów, zgromadzeń ludowych, podczas których poddani mogli swobodnie podchodzić do władcy, dotykać jego stóp na znak szacunku, wiary i zaufania, poskarżyć się, składać prośby i petycje. Kobiety mieszkające w zamkniętej, specjalnie im przeznaczonej części pałacu, w zenanie, również trzymały durbar, i omawiały wraz z władczynią wszystkie sprawy kobiece — ożenki, zamążpójścia, wielkość posagu.

Władca przechadzał się wśród ludzi swobodnie — znam jednego radżę, który w czasach nam współczesnych codziennie objeżdża na rowerze jedyną wioskę, jaka mu została w posiadaniu, by porozmawiać z ludźmi o ich problemach i cieszyć się ich sukcesami, wieśniacy z wioski bardzo go kochają i okazują tę miłość. Był jednym z wielu, bywał na uroczystościach rodzinnych. Trzymał na rękach niejedno wiejskie dziecko podczas rytuału nadania imienia, niemal zawsze uczestniczył w największym święcie rodzinnym — uroczystościach ślubu młodej pary, tak ważnym jak najważniejsze święto religijne. Sprawował patronat nad kulturą, dbał o rozwój muzyki klasycznej — na dworach książęcych Indii północnych szczególnie rozwijała się raga, typ muzyki wymagający studiów i przekazu wiedzy z mistrza na ucznia. Dbał o rozwój klasycznego tańca indyjskiego, którego wykonanie odbywało się najczęściej podczas świąt ku czci boga Śiwy w jego świątyniach. Zlecał przekłady starożytnych dzieł na nowożytne języki indyjskie, którymi mówiono w jego księstwie. Zatrudniał na dworze na stałe muzyków, którzy dawali koncerty prywatne i publiczne podczas świąt i durbarów. Codziennie rano w pałacowej świątyni uczestniczył w pudży, na której była obecna nie tylko rodzina i goście, ale wszyscy domownicy, mający praktycznie nieograniczony dostęp do władcy. Opieka nad domownikami, mniej nazywanymi „służbą”, a jeszcze rzadziej „poddanymi” w naszym znaczeniu tego słowa, polegała na zainteresowaniu sprawami najmniejszego domownika, udzieleniu mu pomocy doraźnej lub stałej, a czasem tylko na zwykłej, serdecznej rozmowie. Miłość władcy do ludzi — i nie bójmy się tego słowa — była powszechna i naturalna. Domownicy i wieśniacy odwzajemniali tę miłość, kochali swych władców za poczucie bezpieczeństwa i ładu społecznego oraz utrzymywanie ciągłości tradycji. Podczas obrzędu nazarana wszyscy poddani ( w znaczeniu „wierni”) od najwyższego urzędnika aż do najmarniejszego sługi oddawali ukłon radży na znak wierności w służbie. Sam maharadża też był poddanym i skłaniał głowę przed iszta dewatą, boskością prowadzącą (Kriszna, Rama, Śiwa lub hinduski święty) oraz przed swym guru, nauczycielem duchowym. Większość władców korzystała ze wsparcia duchowego i pomocy takich osób (Indira Gandhi często odwiedzała swego guru w Himalajach, a Abdul Kalam, były prezydent Indii, jest wielbicielem Sai Baby, obecnie żyjącego świętego i nauczyciela).

Anglicy w sposób o wiele bardziej okrutny niż rodzimi władcy traktowali Hindusów jak poddanych i służących, obywateli drugiej kategorii, wzbraniając na przykład — nawet tym, którzy ukończyli Oxford — podróżowania pierwszą klasą i przebywania w luksusowych angielskich klubach i okazując Hindusom na każdym kroku pogardę za „gusła” i „pogańskie obyczaje”. Nie zdawali sobie sprawy i nigdy tego nie dociekali, że ich młoda cywilizacja zderzyła się z cywilizacją naprawdę wysokich lotów, od której mogli byli czegoś się nauczyć… Zdaje się, że to oni właśnie byli najbardziej zachwyceni systemem warnowym, rozumiejąc go opacznie jako system niesprawiedliwości społecznej umożliwiający podłe traktowanie i poniżanie ludzi. Samo już mówienie o Indiach jako o „kolonii” i chęć „kolonizacji” kraju, w którym istniały wypracowane przez wieki praktycznie wszystkie instytucje społeczne, których Anglicy w ogóle nie dostrzegali, urąga ich domniemanej prawości…

Maharadżowie — mit i imaginacja

Do potocznego języka angielskiego przeszły takie wyrażenia jak: bogaty jak nabab czy skarby Golkondy . Wszystko, co łączy się z obrazem maharadży należy dziś do sfery mitu i ludowej imaginacji, ale trzeba pamiętać, że jest to mit pospołu angielski i nierozerwalnie związany z panowaniem Brytyjczyków na subkontynencie indyjskim, którzy o swojej władzy mówili zresztą Radż brytyjski. Bogactwa maharadżów niewątpliwie powstały dzięki ekonomicznej polityce kolonizatorów, którzy wprowadzili nowe sposoby zarabiania pieniędzy, rozbuchali potrzeby i wspierali egzotykę, by z niej bez żenady korzystać. Ekscentryczne przyjęcia, widowiska i polowania w oprawie monarszej, wizyty księcia Walii i jego świty oraz innych dostojników Korony były na porządku dziennym. Angielska arystokracja zabiegała o uczestnictwo w każdej ekstrawagancji, nierzadko fałszując i podrabiając nazwiska na zaproszeniach. „Bywanie” na rautach było tym, czym dla dworzan Ludwika XIV „wieszanie się na klamce”, ale przede wszystkim było wielkim ubijaniem interesów. Maharadżowie płacili z własnej kieszeni za organizowanie owych barwnych targów i przetargów, na których kolonizatorzy jawnie licytowali i rozgrabiali cały majątek Indii. Nie chcę przez to powiedzieć, że sami maharadżowie nie korzystali z luksusów, ale archetyp maharadży jako władcy bezwzględnie ograbiającego swych poddanych nierozerwalnie łączy się z systemem kolonialnym. Stany książęce rozwijały się zgodnie z marzeniem, fantazją i brawurą władcy, albo też nie rozwijały się wcale pozostając w straszliwym zacofaniu, ale z kieszeni angielskiej na rozwój Indii nie poszedł nigdy ani jeden pens.

Nie leżało w charakterze rodzimych władców indyjskich żyć w nadmiernym bogactwie i ograbiać własny lud. Oczywiście, żyli oni znacznie lepiej niż pozostali mieszkańcy, o których zresztą rzadko mówili „poddani”, i swe obowiązki wykonywali raz lepiej, raz gorzej, ale zasadniczo nigdy nie byli zdziercami. Umocnił się mit o nieszczęśliwej, skrajnie biednej ludności w opozycji do bajecznie, nieprzyzwoicie bogatych maharadżów, tak jakby w Indiach nie było stanów pośrednich między tymi dwoma skrajnościami. A były przecież potężne rzesze ludzi pracujących w wolnych zawodach — rolnicy, rzemieślnicy, kupcy — żyjące na bardzo przyzwoitym poziomie finansowym.

Bieda w Indiach została wygenerowana w XIX wieku, kiedy Anglicy wprowadzili własność ziemską, w związku z czym ogromna rzesza drobnych rolników straciła swe poletka w wyniku różnych zadłużeń, manipulacji nieruchomościami i angielskiej polityki konfiskaty dóbr. Jak również z powodu wprowadzenia angielskiego monopolu na kultury przemysłowe — jutę (Bengal), herbatę (Assam, Madras), bawełnę i tytoń. Wyzuci z ziemi biedacy, nie mogący trwać przy uprawach tradycyjnych, tłoczyli się wokół powstających miast i byli zatrudniani w angielskich zakładach przemysłowych, skazani na łaskę i niełaskę kolonizatorów. To oni zaludniają do dziś slumsy wielkich aglomeracji, takich jak Bombaj czy Kalkuta, miast zbudowanych przecież za czasów angielskich. Mahatma Gandhi wprowadzając reformę rolną i oddając wieśniakom ziemię, chciał powrócić do stanu sprzed kolonizacji — kiedy ziemia należała do bogów, nie do władców, a wieśniacy tylko ją uprawiali. Lecz ten powrót byłby anachroniczny i nie mógłby udać się w świecie, w którym własność ziemska i własność nieruchomości są podstawą ekonomii.

na moich trasach: