Gayatri Devi

Gayatri Devi pochodzi z rodziny maharadży z Koś Biharu (Cooch Behar, Górny Bihar), maleńkiego państewka ukrytego w Himalajach. Miasto Darjeeling z widokiem na Kandżendzongę, otoczone plantacjami słynnej herbaty, założonymi przez Anglików, był niegdyś ich prywatną własnością. Matka, księżniczka Indira Devi pochodziła z klanu Gaekwarów z Barody, najbogatszych maharadżów Indii, którzy od końca XIX wieku prowadzili światłą politykę reform w swoim państwie. Wielki reformator Sajadżi Rao był jej matecznym dziadkiem. Byli bajecznie bogaci i dla księżniczki był przeznaczony na męża równie majętny maharadża z Gwalior, z klanu Scindia. Ale na durbarze w Delhi w 1911 roku poznała pięknego, acz biednego księcia, w którym zakochała się na zabój. Nawet nie był następcą tronu, lecz tylko młodszym synem. Jednak Indira dopięła swego i poślubiła go potajemnie wbrew woli rodziców.

Byli bardzo szczęśliwą parą, mieli trzy córki i dwóch synów, a Gayatri Devi urodziła się w Londynie w 1919 roku. Londyńskie mgły źle wpływały na zdrowie maharadży — zmarł na gruźlicę mając zaledwie 36 lat. Indira Devi zajęła się wychowaniem dzieci i nie wyszła powtórnie za mąż, choć starali się o nią francuscy i angielscy arystokraci i magnaci finansowi oraz niejeden indyjski maharadża. Była nie tylko piękna, ale też ekscentryczna i zabawna — kasyna gry i wielkie sale balowe ówczesnej Europy zabiegały o jej obecność, a przyjęcia wydawane w jej olśniewającym pałacu Woodlands w Kalkucie uchodziły za najlepiej zorganizowane. Jako pierwsza zaczęła nosić muślinowe sari, wykonane w Paryżu według własnych projektów, buciki kupowała we Florencji, a biżuterię w najlepszych warsztatach złotniczych Golkondy i Bombaju, woziła ze sobą żółwia, którego skorupa wysadzana była brylantami i szmaragdami. Miała prywatny samolot, którym podróżowała z Europy do Indii.

Gayatri Devi odziedziczyła po matce wszystko — urodę i lekkość obejścia, talent w zarządzaniu dobrami, zaangażowanie w sprawy publiczne i orientację w sprawach politycznych, praktycznie cały majątek Gaekwarów z Barody i nawet zdrowy rozsądek. Podobnie jak jej matka potajemnie i wbrew woli rodziców wyszła za mąż za maharadżę z Dżajpuru. Dżaj był piękny, mądry i bogaty, a jeśli dwie pierwsze żony poślubił ze względów polityczno-rodowych, to śliczna Gayatri stała się wybranką jego serca. Została jego trzecią żoną, a ślub, którego matka długo nie mogła jej wybaczyć, a zwłaszcza tego, że jej córka została Jej Wysokością Trzecią, okazał się skandalem opisanym przez wszystkie londyńskie gazety. Po ślubie wrócili do Dżajpuru, gdzie Gayatri zamieszkała w zenanie, kobiecej części pałacu. Aktywnie włączyła się, podobnie jak większość dawnych władców Indii, do budowy Indii demokratycznych — została parlamentarzystką, wybraną największą ilością głosów. Wszyscy twierdzili, że byli z Dżajem niezwykle zgraną parą. Tragiczny wypadek przerwał tę sielankę — w 1970 roku Dżaj spadł z konia podczas gry w polo w Londynie i zginął na miejscu. Miał 59 lat. Obrzęd spopielenia zwłok zaszczyciła swą obecnością królowa Elżbieta II i jej małżonek książę Filip, a pożegnalną mowę wygłosił Lord Mountbatten.

Gayatri Devi nadal mieszka w rodowym pałacu Moti Doongri w Dżajpurze. Prowadzi działalność charytatywną.

Fragmenty z pamiętnika Księżniczka wspomina.

Gayatri Devi, Une princesse se souvient, les memoires de la maharani de Jaipur, Kailash Editions 1997

Odwiedziny u dziadków

Nasz pałac, wysoko zawieszony na północno-wschodnim krańcu Indii w Koć Bihar, był oddalony o trzy tysiące kilometrów od pałacu moich dziadków, leżącym na drugim końcu kraju, w Barodzie nad brzegiem Morza Arabskiego. Kiedy byłam małą dziewczynką, cała rodzina często i chętnie wybierała się w podróż w odwiedziny do dziadków. Było nas pięcioro, w podnieceniu śledziliśmy przygotowania do wyjazdu. Pakunki układały się w sterty. Było tam zapakowane wszystko, jakbyśmy mieli stawić czoło najbardziej srogim chłodom i skwarnym upałom, nie mówiąc o bardziej przewidywalnych wydarzeniach, takich jak jakaś oficjalna wizyta czy zawody hippiczne. W dniu wyjazdu dworzec kolejowy był przewrócony do góry nogami z powodu wszystkich tych paczek i całej naszej służby, która podążała za nami wszędzie, gdzie jechaliśmy. Gdy pojawialiśmy się na peronie, rzeczy były już nadane i zręcznie poukładane przez skwapliwych służących.

Moja matka zalewała wszystkich potokiem pytań i wskazówek. Gdzie jest walizka, którą muszę mieć przy sobie w przedziale, pytała lekko podniesionym, błagalnym głosem. To niech wypakują wszystkie bagaże i ją znajdą. Gdzie jest pudełko do pudży z kadzidełkami i kolorowym proszkiem, niezbędnym do porannej modlitwy? Ach, jest. To dobrze, bo inaczej ktoś musiałby biec do pałacu.

Gdy wreszcie ruszaliśmy, w odwrotną stronę leciały telegramy: PRZYŚLIJCIE PROSZĘ MOJĄ ZŁOTĄ WYKAŁACZKĘ albo ZAPOMNIAŁAM MOJĄ ŁYŻKĘ I DZWONECZEK Z ONYKSU albo POSZUKAJCIE W SZAFIE TRZECIA SZUFLADA OD GÓRY PO LEWEJ PODOMKĘ Z ZIELONEGO JEDWABIU Następnie ustalano szczegóły: NIE CIEMNOZIELONA, LECZ JASNOZIELONA, A JEŚLI JEJ TAM NIE MA, SZUKAJCIE W BUDUARZE

Cokolwiek zdarzało się po drodze, owe tygodniowe podróże należą do najmilszych wspomnień mojego dzieciństwa. Jako dziecko miałam wrażenie, że wypełnialiśmy sobą dosłownie cały pociąg. Zajmowaliśmy co najmniej trzy przedziały pierwszej klasy, każdy z czterema kuszetkami. Jeden — moja matka, starsza siostra i jakaś krewna lub przyjaciółka, drugi — moja młodsza siostra, nasza guwernantka i ja, a trzeci — nasi dwaj bracia z opiekunem i chłopcem na posyłki. Pracownicy administracji i paru asystentów zajmowali dwa inne przedziały drugiej klasy, natomiast pokojówki, służący i zarządzający pałacem podróżowali klasą trzecią.

W latach dwudziestych podróżowanie koleją żelazną nawet całkiem zwykłego mieszkańca Indii przypominało przesiedlanie się Beduinów, gdyż trzeba było zabierać ze sobą pościel, jedzenie i wszelkie przybory codziennego użytku. W tamtych czasach pociągi nie miały wprawdzie wagonów restauracyjnych i nie rozdawano prześcieradeł, koców ani ręczników, ale miały łazienki, gdzie można było wziąć prysznic. By więc sprostać wszystkim wymaganiom dnia codziennego zabieraliśmy w podróż do samej Barody naszych osobistych służących.

W ciągu pierwszej nocy z Koć Biharu dojeżdżaliśmy pociągiem do Kalkuty, gdzie przerywaliśmy podróż na dwa dni, by spędzić mile czas w naszej rezydencji. Potem znów ruszaliśmy w drogę, tym razem w najdłuższą część podróży. Kucharze przygotowywali całe kosze potraw na piknik, a w okrągłych metalowych pudełkach wieziono potrawę curry, ryż, soczewicę, kwaśne mleko i desery. Pojemniki były ułożone jeden na drugim, a metalowy uchwyt spinał je razem w taki sposób, że w jednej ręce można było nosić całą tę metaliczną wieżę pełną wiktuałów. To był dopiero pierwszy posiłek. Co do następnych, należało zdać się na sieć restauracji kolejowych. Przekazywaliśmy zamówienie zawiadowcy stacji, a on telegrafował dalej i gdy przybywaliśmy na kolejny dworzec, podawano posiłek serwowany w zwyczajnych kolejowych naczyniach. Zdarzało się, że zanim zjedliśmy do końca, pociąg ruszał dalej, ale nie było sprawy, gdyż posyłano za nami chłopca, który na następnym dworcu zabierał puste talerze i brudne naczynia.

My dzieci, zamiast zmyślną organizacją służby przy posiłkach byliśmy bardziej przejęci atmosferą dworcowych peronów. Gdy tylko skład pociągu zatrzymywał się, natychmiast pojawiali się w oknach wagonu handlarze cukierków, owoców i gorącej herbaty. Najbardziej lubiłam tych, którzy namawiali do kupna tych śmiesznych drewnianych zabawek, pięknie malowanych w jaskrawe kolory, jakich nie widziałam nigdzie indziej na świecie poza peronem dworca indyjskiego: słonie jak żywe pomalowane szarym i szkarłatnym lakierem, przybrane złotem i kolorowymi kwiatami, z trąbami podniesionymi do góry jakby chciały zaryczeć, ustrojone konie jakby miały właśnie unieść pana młodego, wielbłądy, gepardy, tygrysy i setki innych zwierząt o wielkich oczach i tajemniczo roześmianym pysku. Zawsze chciałam mieć je wszystkie, ale matka mówiła: “Dość tego. Macie za dużo zabawek!” Ona sama jednak nie mogła oprzeć się przyjemności kupowania. Chętnie żartowała z kupczykami kwiatów, owoców i słodyczy, a w chwilę potem nasz przedział przenikała woń tropikalnych zapachów wszystkiego tego, co właśnie kupiła. Nie wiem, czy targowanie szło po jej myśli, była bowiem szczodrobliwa z natury, ale sprzedawcy, pozornie urażeni na odchodnym, sprawiali wrażenie raczej zadowolonych.

Rzeczy nie miały znaczenia. Ważne było, że pozwalano nam bawić się do woli i biegać po całym peronie, a kiedy przystanek trwał dłużej niż godzinę, obiadowaliśmy na dworcu, zamawiając coś, co ochrzciliśmy „curry kolejowe” — owa potrawka była specjalnie przygotowana, by nie urazić żadnego podniebienia, gdyż nie zawierała ani zabronionej hindusom cielęciny, ani też wieprzowiny mogącej obrazić muzułmanów. Była z pewnością z jagnięciny, kurczaka lub warzyw. To kolejowe danie nikomu oczywiście nie smakowało. Na długo przed odjazdem pociągu, guwernantka i preceptor kazali nam się spieszyć i nie ociągać przy bufecie, bowiem pociąg miał ruszyć za pięć minut. Ale rzecz jasna wcale nie ruszał i szybko nauczyliśmy się zawierzać pracownikom kolei żelaznej, którzy pozwalali nam marudzić aż do ostatniej chwili, po czym gwałtownie wrzucali nas do przedziału.

Przybywaliśmy wreszcie do Barody, gdzie już czekały oficjalne pojazdy, które ciągnąc się sznurem zawoziły nas książęcego pałacu Lakszmi Vilas, w którym moja matka spędziła dzieciństwo.

Ślub moich rodziców

(różne fragmenty)

W 1910 roku, kiedy moja matka skończyła dziewiętnaście lat, dziadkowie oświadczyli jej, że zgodnie z hinduskim obyczajem zadecydowali o jej ślubie z maharadżą Scindią z Gwalior. Gwalior, podobnie jak Baroda, było jednym z najważniejszych marackich księstw Indii. Leżało w centrum półwyspu indyjskiego, a jego czterdziestoletni podówczas maharadża był przyjacielem mojego dziadka. (…)

Matka chciała poślubić księcia z Koć Biharu, ale natrafiła na zdecydowany opór rodziców. I wcale nie dlatego, że Koć Bihar było mniejsze i mniej ważne niż rodzinna Baroda, ani dlatego, że panująca tam rodzina pochodziła z innej kasty, ani też nie dlatego, że nie należała do dumnego klanu Marathów. Ani nawet z tego powodu, że sam książę był tylko młodszym synem, nie dziedziczącym tronu. Te wszystkie względy były dla mojego dziadka mało ważne. Największym zarzutem było to, że rodzina z Koć Biharu ulegała nadmiernym wpływom z Zachodu, a dziadek owe wpływy całkowicie potępiał. Dwór tamtejszy prowadził światowe życie, należał do śmietanki edwardiańskiej i przyjmował w Koć Biharze rozlicznych gości z Europy o różnych statusach społecznych. Gdzieś od 1911 roku jej członkowie zaskarbili sobie reputację lekkomyślnie prowadzących się i obyczajowo nie umiarkowanych, a to nie mogło podobać się mojemu dziadkowi wyznającemu raczej surowe obyczaje.(…)

„Pamiętam doskonale hałas wokół całej tej sprawy. Niewielu jeszcze Hindusów widywano wtedy w Anglii, a rzecz zrazu nie wydawała się aż tak huczna, by wywołać sensację. W każdym razie Indira Devi była kimś znacznie ciekawszym niż tylko przyciągającą uwagę wszystkich młoda damą, twierdzić zaś tylko, że była chodzącą pięknością uchodziło za zwykły banał. Reporterzy przybyli tłumnie, by uwiecznić ją na zdjęciach, my zaś upajaliśmy się kosztem jej chwały. Ten ślub okazał się wydarzeniem sezonu. Liczące się tygodniki poświęcały mu całe strony i zachowaliśmy pokaźną teczkę wycinków z prasy, które później przeglądaliśmy z rozrzewnieniem niezliczoną ilość razy” — opisywała moja ciotka.

Rodzice pobrali się w lipcu 1913 roku. Rolę jej rodziców odegrała angielska dama do towarzystwa mojej babci, niejaka panna Tottenham i nieznany adwokat. W dniu ślubu mój dziadek przesłał młodożeńcom telegram, w którym życzył im szczęścia, ale babcia nie wysłała ani jednego słowa. Dziadek zażądał jedynie, by ojciec, gdyby został kiedyś maharadżą Koć Biharu, wypłacał mojej matce pensję w wysokości stu tysięcy rupii rocznie.

Matka tonąc we łzach po raz ostatni błagała moją babcię o przebaczenie i błogosławieństwo, ale jej prośba pozostała bez odpowiedzi. Panna Tottenham twierdziła później, że kiedy tylko moja matka opuściła salon, babcia pogrążyła się w nieutulonym płaczu. A jednak odmówiła swego błogosławieństwa i nie utrzymywała kontaktu z córką przez dwa lata. Ugięła się dopiero w 1914 roku, tuż przed narodzinami mojej starszej siostry Ili, kiedy matka ciężko zachorowała. Nawiązała kontakt we właściwy sobie sposób, wysyłając do Koć Biharu marackiego kucharza, by przygotował dla mojej siostry specjalne dania z Barody, za którymi jak sądziła musiała tęsknić.

Prawie dokładnie w czasie owych zaślubin dobiegał tragicznego końca romans miłosny kogoś innego z rodziny z Koć Biharu. Starszy brat mojego ojca, Radż Radżendra Narajan, maharadża Koć Biharu, zakochał się był w angielskiej aktoreczce Ednie May, ale rodzina odmówiła mu oczywiście prawa poślubienia wybranki. Złożył więc ślub, jakieś dwa lata wcześniej, że jeśli rodzice będą tkwić w uporze, to on zapije się na śmierć. Co też skwapliwie uczynił, ograniczając się zresztą tylko do szampana. W roku 1913 był już bardzo chory, a zmarł zaledwie trzy tygodnie po ślubie moich rodziców. Mój ojciec, najstarszy z trzech pozostałych braci, odziedziczył tron.

Moje życie dzisiaj

Od śmierci Dżaja upłynęło już pięć lat, tych najtrudniejszych i bardzo samotnych. Wiedziałam, że Dżaj nie chciał, bym pogrążyła się w bólu, bym żyła przybita samotnością i złamana. Lecz właśnie taką byłam. Nie wiem doprawdy, ile czasu upłynęłoby, zanim byłabym zdolna opuścić pokoje Radżmahalu, gdyby nie wydarzenia polityczne, które wyrwały mnie ponownie z cichej pałacowej przystani i rzuciły w mierny i próżny świat polityki.

Projekt poprawki do Konstytucji mającej obalić prawno-cywilne ustalenia wobec byłych książąt został wniesiony 18 maja 1970 roku. Tekst ten przewidywał bardzo radykalne zmiany w sytuacji książąt. Przeraził nas nie tyle z powodu materialnych strat, jakie mieliśmy ponieść, lecz dlatego, że w sposób dobitny przedstawiał punkt widzenia rządu pani Indiry Gandhi dotyczący spuścizny historycznej, a także ukazywał jej własne zaangażowanie w owe konstytucyjne zmiany.

Mogę okazać się stronnicza, i prawdopodobnie rzeczywiście jestem, dlatego wolę zacytować wypowiedź jednego z najwybitniejszych prawników Indii, N. A. Palkhivali, by przypomnieć tło historyczne omawianych wydarzeń. W pamflecie o wymownym tytule Prawne i moralne aspekty listy książąt, pisze on: Kiedy w 1947 roku zaświtała jutrzenka swobody, głównym problemem politycznym było pytanie, czy władcy indyjskich państw zdecydują się na najwyższe poświęcenie i złożą je w ofierze na ołtarzu jedności narodowej. Nowe Indie, pozbawione stanów książęcych, byłyby rozbite, gdyż to one właśnie zawsze dawały rekojmię jedności, dzieląc subkontynent zbawiennym krzyżem na cztery części. Wprowadzenie tych państw pod dominację Indii było żywą koniecznością, ale postawiło przed Okrojonym Państwem następujące pytanie: «Indie przeżyją nawet gdy amputuje się im muzułmańskie ramiona na północnym wschodzie i zachodzie, ale czy przeżyją, gdy zostaną pozbawione serca?»

N. A. Palkhivala cytuje Białą Księgę, dotyczącą losu stanów książęcych, wydaną w Indiach w 1950 roku: Władcy wielkich i małych stanów, dobrowolnie idąc z duchem czasu, dążyli do obalenia mitu jakoby niepodległość Indii miała rozbijać się o twardą skałę ich nieprzejednanej postawy. Tymczasem gmach demokratycznych Indii wznosi się na solidnych fundamentach wspólnego wysiłku władców i ludu… Gdyby wszyscy książęta nie współpracowali ze sobą ożywieni duchem patriotyzmu, nie byłoby możliwe wprowadzenie tak ogromnych zmian, dających korzyści zarówno narodowi jak i książętom. Przyzwyczajeni do — zgodnej z tradycją — władzy osobistej, w nowym porządku zmuszeni do przejścia radykalnych zmian, dali dowody żywej wyobraźni, daru przewidywania i patriotyzmu, okazując dobrą wolę dla nowych ewolucyjnych reform. Rozumiejąc pragnienia narodu, przystali na włączenie swoich księstw do Indii i przekazanie władzy ludowi, czuwając nad spokojem i porządkiem społecznym. Słusznie więc mogą uważać siebie za współtwórców wolnych i demokratycznych Indii, w których wolne narody stanów książęcych podobnie jak narody pozostałych prowincji, będą mogły cieszyć się pełnią wolności, by wspólnie ruszyć naprzód jako obywatele niepodległych Indii.

W 1947 roku Scindiowie oddali dobrowolnie demokratycznemu rządowi Indii swoje posiadłości ziemskie, z których tylko jedna przedstawiała wartość 170 milionów rupii, a same odsetki z tej kwoty pozwoliłyby utrzymać listę książąt, to znaczy pensje dla dawnych władców. Nie mówiąc o majątkach maharadżów z Barody, Dżajpuru, Majsuru, Hajdarabadu, Kaszmiru i innych…

Absurdalnym wydaje się ten fakt, że tuż po oświadczeniu, rząd nie wyraził zgody na przekazanie dawnym władcom pięćdziesięciu milionów rupii — niecałych siedmiu milionów dolarów — to znaczy tyle, ile obejmowała cała lista cywilno-prawna książąt. Spośród dwustu siedemdziesięciu dawnych władców, pierwszym na liście był maharadża z Majsuru z pensją 2 600 000 rupii, a ostatnim — władca maleńkiego państewka Katodia, w rejonie Saurasztry, otrzymujący zaledwie 192 rupie rocznie. Byłoby równie absurdalne, gdyby któryś z książąt wytoczył ze swej strony proces cywilny. Dla jednych i dla drugich pozostała kwestia zasadnicza — rządowi chodziło o wzmocnienie socjalistycznej drogi, jaką wybrano już wcześniej, a nam — o prawo osadzone na Konstytucji.

W majestacie prawa zwróciliśmy się do wyższej instancji. Choć debata była zażarta, przegłosowano uchwałę. Przedstawiono ją następnie w Radżja Sable, Izbie Wyższej, której decyzja mogła nadać moc ustawie, broniącej naszych praw, ale została odrzucona trzy dni później.