sacrum a profanum

W Indiach, sacrum i profanum współdziałają ze sobą, współistnieją, współtworzą i układają rzeczywistość. Świat jest raz święty, a raz — nie jest. Albo i jest święty, i nie jest święty, jednocześnie. Święty mąż żyje tu i teraz, pojawia się na środku ulicy, jego aureolę można ujrzeć. Nie wszyscy mu się kłaniają — w tym tłumie też są tacy, którzy tylko liczą pieniądze albo nie lubią koloru szafranu i włosów posypanych popiołem.

Człowiek Zachodu został wyuczony, że świętość nie jest z tego świata.

Uważa, że tu i teraz w materialnym świecie nie można nigdzie spotkać świętości.

Jest przekonany, że świętość uszła z naszego postępowego i nowoczesnego świata, jak powietrze uchodzi z przekłutej opony.

Sądzi, że wraz z utratą świętości, wzrasta czynnik rozumowy, racjonalny, czyli świecki, i spontanicznie pojawia się „oświecenie”.

Człowiek Zachodu zmierza do tego, by świat całkowicie uczynić profanum, by obedrzeć go z tajemnicy, a zwłaszcza z metafizyki.

Stworzył szereg dziwnych przeciwieństw i wykluczeń: albo świętość albo rozumność.

Sacrum to niebo, profanum to ziemia. Człowiek jest profanum, Bóg jest sacrum.

Ograniczył świętość tylko do dnia siódmego, odzierając z ważności wszystkie pozostałe dni.

Do świata sacrum należą: Bóg-Ojciec, Jego Syn, Duch Święty i Biblia oraz osoby, które po procesie kanonizacyjnym są uznane za święte.

Do świata profanum należą wszyscy ludzie (z wyjątkiem paru jednostek), zwierzęta i rośliny oraz cała przyroda nieożywiona.

Desakralizacja toczy się w przyspieszonym tempie i zdaje się, że nic jej nie zdoła zatrzymać.

W Indiach sacrum i profanum współistnieją, współdziałają, współtworzą i układają mozaikę rzeczywistości, są pomieszane ze sobą jak ziarno z plewami, jak marchewka z groszkiem. Albo jak, według mitologii indyjskiej, mleko z wodą, z której to mikstury tylko hamsa, biały łabędź potrafi wydobyć i wypić czyste mleko.

Świat jest raz sacrum, a raz — profanum. Jest święty i nie jest święty, jednocześnie. Świat bywa sacrum, jak też bywa profanum.

Święty mąż żyje tu i teraz, gdy pojawia się na środku indyjskiej ulicy lub w cieniu zaułka, jego uduchowienie można ujrzeć. Nie wszyscy kłaniają mu się — w tym tłumie też są tacy, którzy tylko liczą pieniądze i nie lubią koloru szafranu czy włosów posypanych popiołem.

W Indiach świętość można zobaczyć, dotknąć i przytulić. Matkę Teresę z Kalkuty uważano za świętą już wtedy, gdy była młodą kobietą, od zarania nazywano ją holy woman. Nie przeszkadzało to młodym pielęgniarkom w aszramie krytykować ją i ostro upominać, a nawet nakrzyczeć, gdy za dużo pracowała i za mało jadła. Nie obawiano się jej świętości, ale i nie stawiano na piedestale.

Jednocześnie nie szafuje się świętością. Każdy hindus jest jak niewierny Tomasz — zanim nie zobaczy, nie uwierzy. Darśana, widzenie, jest istotną cechą indyjskiej religijności, bowiem religia nie może opierać się na słowie pisanym, które jest martwe. Idee i przekonania powstają w umyśle, podczas gdy religia jest emocją serca i ducha. Na wskroś religijna dusza hinduska dostrzega świętość w promyku słońca, śmiechu dziecka, w pięknie kwiatu i cichej muzyce. Co nie znaczy, że wszystko jest zawsze i wszędzie święte, ale kiedy bywa, hindus potrafi to dostrzec i wyłonić z profanum. Hindusi klaskali w dłonie, kiedy oglądali zachód słońca na przylądku Kanjakumari, a ktoś powiedział: It's holy because I'm happy now. Spostrzeżenie świętości uszczęśliwia i leczy.

Budda zbudował swą doktrynę w oparciu o własne doświadczenie i hinduską tradycję: Możecie brać odpowiedzialność tylko za to, co sami widzieliście, sami poznaliście i sami zrozumieliście.